Szukaj na tym blogu

niedziela, 17 listopada 2013

Z pamiętnika Matyldy: Paskudny dzień


     Wczoraj miałam wyjątkowo paskudny dzień. Już z samego rana dokonałam wstrząsającego odkrycia. Dostałam w miseczce pyszny rybny gulasz, ale kiedy zaczęłam go jeść, wyczułam nagle pokruszoną tabletkę. Ani chybi trucizna!!! W dodatku pani stała w drzwiach,  obserwowała mnie wyjątkowo uważnie i fałszywym głosem namawiała do konsumpcji. Co ona serca nie ma? Za co? Przecież byłam grzeczna. Chyba nie chodzi o te kilka pcheł? 
      Przez cały dzień nie dostałam nic innego do jedzenia, chociaż przeraźliwie miauczałam.  Dopiero wieczorem pani zabrała miskę, powiedziała coś w stylu: - No to cię odrobaczyłam... - i wyrzuciła gulasz do klozetu. Potem dała mi moje ulubione chrupki.  Z pełnym brzuszkiem poczułam się znacznie lepiej. Ciekawe, czy jutro znowu będzie chciała mnie otruć. Na wszelki wypadek obudzę ją koło piątej, to może będzie zaspana i zapomni o swoich niecnych planach.   
     W południe przeżyłam kolejną traumę. Wykorzystując mój głód, pani wrzuciła do transportera kilka przysmaczków i ... woreczek z kocimiętką. Stało się! Zwabiona cudowną wonią weszłam do środka, a ona ZAMKNĘŁA MNIE NA CAŁE 15 SEKUND!!! Mam nadzieję, że teraz wie, jak trudno niesie się transporter z kotem, który za wszelką cenę chce z niego wyjść. Przeczuwałam, że do tego urządzenia nie można mieć zaufania. Ale następnym razem tak łatwo nie pójdzie!
     No i na koniec kolejny cios: odkurzanie. Pani wyciągnęła wielki ryczący kubeł napełniony wodą. Przez dwie godziny musiałam siedzieć na parapecie i uważać, żeby mnie przypadkiem nie wciągnęła przez rurę. Szczyt wszystkiego! Nie dość że głodna, prawie otruta i świeżo po wyjściu z aresztu, to jeszcze zafundowali mi kolejne atrakcje!
       Życie kota, wbrew pozorom, nie jest łatwe...

środa, 13 listopada 2013

Kapuściane kotleciki z sosem serowym



    Zainspirowana wegetariańskimi kotletami Olgi Smile przypomniałam sobie nasz domowy przepis na kotlety z kapusty. Czemu robię je tak rzadko? Przecież są naprawdę pyszne. Zaraz lecę po kapustę...

Składniki:
główka kapusty
2-3 jajka (zależy od wielkości kapusty)
drobno poszatkowana cebula zeszklona na oleju
sól, pieprz do smaku
tarta bułka, kasza manna
olej do smażenia

      W największym skrócie: robiliście kiedyś mielone? No to zamiast mięsa użyjcie kapusty sparzonej jak na gołąbki. Miękkie liście trzeba przepuścić przez maszynkę, odcisnąć nadmiar wody (np. na durszlaku), dodać cebulę, przyprawy, jajko i na koniec odrobinę tartej bułki lub kaszy manny, która wciągnie resztę wilgoci. Następnie formujemy niewielkie kotlety, obtaczamy je w tartej bułce, smażymy na oleju. Ot i cała filozofia. 
    Diabeł tkwi w szczegółach. Otóż im krócej parzymy kapustę, tym łatwiej ją zemleć i wyrobić kotlety, ale mogą one mieć wtedy za dużo goryczy. Z kolei z kapusty sparzonej "na miękko" kotlety będą pyszne, delikatne, ale trzeba się nieźle nawyginać, żeby się nie rozpadły w trakcie smażenia, no i konsystencja jest trochę nieciekawa, taka papkowata. Zatem drogą dedukcji i praktyki trzeba osiągnąć stan pośredni. Pocieszający jest fakt, że to naprawdę smaczne danie - zarówno na zimno, jak i na ciepło. A polane sosem serowym i posypane szczypiorkiem lub pietruszką to po prostu niebo w gębie! Ci, którzy jedzą potrawę pierwszy raz, zawsze pytają, z jakiego to mięsa :-)

   Oczywiście, można cudować w nieskończoność, dodawać do środka jakieś składniki typu pieczarki czy mięso,  ale, moim zdaniem, takie "gołe" kotlety są najlepsze. Zresztą im więcej składników, tym gorzej dla żołądka i podniebienia.

Sos serowy
   Z kopiastej łyżki masła i mąki robię złotą zasmażkę, którą następnie rozprowadzam na patelni mlekiem (mniej więcej 3/4 szklanki). Kiedy zawrze, wrzucam 2 duże serki topione najlepiej śmietankowe, czyli te bez żadnego konkretnego posmaku. Mieszam, aż wszystko osiągnie konsystencję gładkiego sosu. Przyprawiam solą i pieprzem, bo samo jest mało wyraziste. Ten sos nadaje się też do placków ziemniaczanych, smażonej cukinii oraz makaronu. Smacznego :-)

poniedziałek, 11 listopada 2013

Z pamiętnika Matyldy: W nowym domu



    Minął ponad miesiąc odkąd mieszkam w nowym domu. Na początku byłam trochę nieufna, ale już się przyzwyczaiłam.  Ogólnie rzecz biorąc, jest nieźle. Właśnie zjadłam pyszne śniadano. Odchudzają mnie przy pomocy suchej karmy Royal Canin Obesity, ale raz w tygodniu dostaję mięsko z galaretką z saszetki. Mrrrau, pychota!!! Siedzę sobie teraz na osobistej kanapie i rozprowadzam smakowite zapachy po łapkach i pyszczku, żeby na dłużej starczyło. Pani obserwuje mnie z fotela i już się czai do zabawy. Zaraz zacznie machać mi przed nosem kolorową kitką z piórek. Fakt, nie mogę się oprzeć i natychmiast rozpoczynam polowanie, a ona się śmieje. Ale najbardziej się cieszy, kiedy mruczę i miziam ją policzkami. Dlatego robię to każdego ranka, niech ma, zasłużyła sobie.
     Staram się nie sprawiać zbytniego kłopotu. Nie jestem kotem, który się narzuca. Nie robię bałaganu. Nie interesuje mnie ludzkie pożywienie, bo zdecydowanie wolę zapach mojego. Do kuchni wchodzę tylko razem z panią. Na balkon też. Pani założyła tam siatkę, żebym nie wypadła, ale na zewnątrz jest zimno i mokro, więc wciągam nosem haust świeżego powietrza i szybko uciekam do domu. Wiem, gdzie stoi i do czego służy kuweta. Jest w niej żwirek Cat's Best Eco Plus, który pachnie naturalnym drewnem i niczym więcej, nawet jeśli kryje wiadomą zawartość. Szybko nauczyłam domowników, że muszę mieć czystą ubikację, bo inaczej nasikam na dywanik. Po załatwieniu się tak długo drapię pazurkami kuwetę, aż ktoś przyjdzie i wyrzuci do sedesu efekty mojej działalności oraz wyrówna pagórki, które usypałam.
     Jeśli chodzi o drapanie, to też doszłyśmy do porozumienia. Muszę gdzieś ostrzyć pazury, to silniejsze ode mnie. A tu dookoła wyściełane krzesła, fotele, kanapa - no weź i nie skorzystaj! Ale pani pozwalała to robić tylko na wycieraczce w przedpokoju i ciągle podsuwała mi pod nos jakąś deseczkę owiniętą grubym sznurem. W końcu zajarzyłam. Drapak! Niezły, tylko za bardzo się rusza. Pani też to zrozumiała. Kiedy wskakuję na kanapę,  przytrzymuje drapak, a ja ostrzę sobie pazury, aż iskry lecą! Czasem się zapomnę i naruszę jakiś mebel, ale błądzić jest rzeczą kocią...
     Pani uwielbia mnie głaskać i czochrać. Robi to kilka razy dziennie. Początkowo pozwalałam jej dotykać tylko do łebka, bo najbardziej to lubię, ale teraz wystawiam również brzuszek i łapki. Niech i pani ma z głaskania jakąś przyjemność. Tym bardziej, że głupia nie jest i wie, kiedy przestać. Prawdopodobnie poznaje to po ruchu mojego ogona.  Pozwalam też wziąć się na ręce, choć naprawdę za tym nie przepadam, ale wieczorem tak bardzo nie chce mi się opuszczać kanapy, że bez protestu  daję się przenieść na moje nocne posłanie.
    Teraz opowiem wam o czymś niesamowitym. To się nazywa FURMINATOR. Wiem, w której szufladzie leży i kiedy tylko pani się tam zbliża, przeżywam ekstazę. Będzie mnie czesać!!! Mam tyle podszerstka, że nie jestem w stanie wydrzeć go językiem, zwłaszcza, kiedy linieję. Poza tym rzyganie kłakiem to żadna przyjemność. Metalowy grzebyczek jednym ruchem usuwa całe kłęby martwych włosów i masuje moją skórę. Mrrrau! Właśnie zbliża się do nasady ogona... Taaak!!!! Taaak!!! Taaak!!! Co, już koniec?
    Ostatnio w domu pojawił się transporter. Nienawidzę tego urządzenia. Kiedyś mnie w takim zamknęli, wsadzili do samochodu i cały mój bezpieczny świat się zmienił. Dwa tygodnie temu moja pani też próbowała mnie zniewolić. Transporter był za mały i pachniał obcymi kotami. Walczyłam jak lew, żeby nie dać się tam wsadzić i wygrałam. Podrapałam panią do krwi, ale ona się wcale nie gniewała... Ten nowy transporter jest bardzo duży, stoi sobie spokojnie na mojej kanapie, nie atakuje mnie. Wyściela go mięciutki kocyk. Czasami w środku pojawiają się różne pyszności.  W dodatku pachnie kocimiętką, a przy drzwiczkach ma piórko, które się rusza! Byłam wewnątrz już kilka razy, a wczoraj nawet się tam umyłam. I nic się nie stało. Może nie jest taki straszny? Dziś znowu tam zajrzę, a co...

niedziela, 10 listopada 2013

No coś ty, mamusiu!


      Pewna pięcioletnia dziewczynka zabrudziła majtki.
- A co to się stało? - spytała mama. - Puściłaś bąka czy źle podtarłaś pupę?
Dziecko szeroko otworzyło zdumione oczęta i odrzekło stanowczo:
-  No coś ty, mamusiu, po prostu się zes...łam.

    Całe to zdarzenie w pierwszym momencie rozbawiło mnie niesłychanie. Ale potem przyszła refleksja. Skąd u pięciolatki taka zdumiewająca szczerość w sytuacji bądź co bądź krępującej? Znam wiele dzieci, które wymyśliłyby całą fantastyczną historię z sedesowym potworem w tle, byle ukryć niewygodną prawdę.
      Dziecko kochane i bezpieczne nie musi kłamać, żeby znaleźć usprawiedliwienie dla swoich niepowodzeń i błędów. Ma bowiem niezłomną pewność, że nikt nie zrobi z nich afery, nie skrzyczy, nie wyśmieje, nie ukarze, nie obarczy odpowiedzialnością za "wypadek przy pracy". Mądrzy rodzice spokojnie poszukają przyczyny, a nie od razu rozliczą za skutek. 

    Pamiętajmy: Pierwsze kłamstwo człowieka rodzi się zazwyczaj ze strachu przed odrzuceniem przez najbliższych.  Potem już leci z górki...

"Grawitacja" (2013) Uwaga, spoiler!


      Powodowana ciekawością wybrałam się na film "Grawitacja". Lubię klimaty science fiction, lubię Sandrę Bullock, z niekłamaną przyjemnością kontempluję męską urodę George'a Clooneya. Przeczytałam bardzo pochlebne recenzje, wychwalające zwłaszcza walory techniczne filmu, zapoznałam się z różnymi opiniami znajomych, którzy go oglądali, oraz z bezwzględnie krytyczną opinią człowieka, który wszystko wie, więc oglądać nie musi. Poszłam... Dodajmy - samotnie, bo nikt akurat nie dysponował czasem, a ja wolna jak ptak! Przedtem zahaczyłam o restaurację Massala, by głód nie przeszkadzał w odbiorze. Kebab nr 77 z sosem orzechowym to danie, dla którego warto żyć!
    "Grawitację" grają już jakiś czas, więc tłoku nie ma. Na widowni jakieś dziesięć osób, co jest wyraźnym sygnałem, że dzieło do najpopularniejszych nie należy. Ale za to jaka cisza wokół. 
       I, o dziwo, film trwa tylko półtorej godziny. Nie zdążyłam się znudzić, choć wg standardów kina akcji były niewątpliwe dłużyzny. Ale tak już jest w przypadku monodramu - dla zachowania prawdopodobieństwa wydarzeń jedyny bohater musi czasem przysiąść, odpocząć, przysnąć albo poprowadzić monolog wewnętrzny. Tu zagubiona w Kosmosie kobieta desperacko walczy o przetrwanie, rozmawiając sama ze sobą, bo interlokutorów brak. Złośliwy los piętrzy przed nią coraz to nowe przeszkody w postaci awarii, wybuchów, pożarów, zaplątanych spadochronów, braku tlenu, pustych baków paliwa i kompletnego braku komunikacji z Ziemią. Do tego ona sama jest niezbyt kompetentna w zakresie pilotowania pojazdów kosmicznych, a tu ZONK! - instrukcja po chińsku! Te zwroty akcji są tak nieprawdopodobne, że aż śmieszne. Zwłaszcza w końcówce filmu, gdzie tylko rekina i krokodyla zabrakło... 
      Urodą Clooneya też się nie nacieszyłam, bo widać było mało i krótko... Sama postać jakoś mnie nie przekonała do końca. Kosmonauta-dżentelmen, taki kowboj odjeżdżający w stronę słońca, o słowiańskim nazwisku Kowalsky? Czyżby to gest sympatii w stronę romantycznych Polaków, aby osłodzić nam brak wiz? Bo obraz "Ruskich" przewidywalny: jak zawsze dali ciała, tym razem powodując kosmiczną katastrofę.
      Trochę mnie rozczarowały efekty 3D, dla których głównie poszłam do kina. Nie były złe, ale liczyłam na większe przeżycia, a tymczasem fruwające w powietrzu przedmioty to przecież trójwymiarowa norma. Tu było ich bez liku, bo akcja toczy się w stanie nieważkości. Głębia przestrzeni jednak znacznie lepiej wyszła w "Epoce lodowcowej 3". Może to kwestia wyraźnego kontrastu między czernią i bielą, który spowodował spłaszczenie obrazu. Wizja Kosmosu też mnie nie zachwyciła. Jeżeli faktycznie tak to wygląda, to nie wybieram się. Jakoś nie pociąga mnie czarna pustka z wielkim okręgiem Ziemi nad głową.
     Przesłanie w amerykańskim stylu, jasne do bólu, wyrażone słowami: Uda mi się! Musi mi się udać, bo przecież jestem Amerykanką... 
     Ale w sumie nie było źle. Nikt nie wyszedł w trakcie seansu, a ja nawet ani razu nie ziewnęłam. W tym kontekście całość oceniam na cztery plus. Arcydzieło to nie jest, ale da się obejrzeć. 
     

piątek, 8 listopada 2013

Sześciolatki w służbie narodu



    W zamierzchłych czasach poszłam do szkoły jako sześciolatek. Jestem ze stycznia, więc mama zadecydowała, że różnice rocznikowe będą minimalne. Tak faktycznie było, radziłam sobie dobrze, mając dodatkowo nauczycielskie wsparcie w domu. Przez cały okres nauki i połowę studiów byłam najmłodsza w grupie, potem skorzystałam z dziekanki podpartej urlopem macierzyńskim i tak wreszcie trafiłam do grona rówieśników. Byłam wtedy jednym z nielicznych wyjątków, ale to była kwestia świadomej decyzji mojej mamy. 
       Przez wiele lat opinię o sensowności dopuszczenia konkretnego dziecka do nauki szkolnej wyrażała poradnia, prowadząc badania tzw. gotowości szkolnej SIEDMIOLATKÓW (!) po ukończeniu zerówek, choć ostatecznie i tak decydowali rodzice. Można było wcześniej przebadać i posłać do pierwszej klasy zdolnego sześciolatka, nikt nie stawiał przeszkód. Badania mojego osobistego sześciolatka wykazały jego pełną gotowość szkolną, aczkolwiek stwierdzono niski poziom umiejętności manualnych. Doszłam do wniosku, że w takim razie nie będę go katować szlaczkami i wycinankami, niech spokojnie dojrzewa w przedszkolu. Poszedł do szkoły w swoim "ustawowym" czasie i rozwinął się prawidłowo bez zbędnego stresu wynikającego z ciągłego poczucia bycia gorszym od reszty. Uczyłam też małego geniusza matematycznego, który został przeniesiony z klasy drugiej do czwartej. Intelektualnie - co najmniej dwunastolatek, społecznie i emocjonalnie ciągle na poziomie siedmiolatka, zero kontaktu z kolegami... Bo rozwój umysłowy dziecka to jedno, a jego dojrzałość i kompetencje społeczne to drugie. Psychologia mówi, że dopiero w siódmym roku życia dzieci zaczynają uniezależniać się od rodziców, większą uwagę zwracając na grono rówieśnicze.    
      Każde dziecko jest inne, choć oczywiście można je wszystkie wpasować w pewne ramki określające minimum i maksimum możliwości na dany wiek. Z całej tej politycznej afery  z sześciolatkami najbardziej zdumiewa mnie jednak fakt niesłychanego skoku rozwojowego, jakiego  w ostatnich latach dokonały polskie przedszkolaki. Oto naraz w cudowny sposób WSZYSTKIE zaczęły nadawać się do szkoły. Bez badań, bez opinii specjalistów. Może to wpływ promieniowania elektromagnetycznego emitowanego przez telefony komórkowe, może efekt uboczny zmianowej pracy rodziców, może jakiś składnik chipsów lub coli? Warto przeprowadzić gruntowne badania w tym zakresie, wyselekcjonować ów tajemniczy katalizator i zaaplikować go np. naszym politykom... 
      Superniania uspokaja, że dzieci sobie poradzą. Ja też w to nie wątpię, oglądając wyczyny kilkuletnich akrobatów, tancerzy, karateków, muzyków. Ćwiczenie czyni mistrza, podobno nawet dżdżownicę można wytresować. Niektóre bystrzaki pewnie prześcigną samych siebie i będą żywym przykładem słuszności reformy. Ci przeciętni i słabsi, których jest zdecydowana większość, przez cały szkolny okres będą kuleć, a swojemu potomstwu podświadomie przekażą niechęć do wszelkiej edukacji. Szkoły też sobie jakoś poradzą, ostatecznie wielka improwizacja to specjalność Polaków. Nauczyciele podejmą się każdego działania, byle tylko nie stracić pracy. Baza, wyposażenie? Owszem, są komputery, ale krzesła i ławki dopasowane do wzrostu to już utopia. Dzieciaki szybko rosną, a meble nie. Pokolenie dzisiejszych uczniów za trzydzieści lat zasili szeregi rencistów z ciężkimi schorzeniami kręgosłupa. Wystrój sal lekcyjnych dla klas I-III, dekoracje tematyczne, pomoce, to przeważnie efekt ciężkiej pracy nauczycieli, a nie hojności władz oświatowych. Sale lekcyjne? Po reformie gimnazjalnej, żeby uniknąć dwuzmianowości, uczyłam już polskiego na korytarzu, w jadalni, w sali gimnastycznej, w sali komputerowej, w bibliotece, w pokoju nauczycielskim, w pozbawionej okien harcówce. Uczniowie i tak byli w sytuacji komfortowej, bo każdy miał krzesło pod tyłkiem. Przecież zaraz po wojnie siedzieliby po turecku na gruzowisku i robili notatki węgielkiem na marginesach starych gazet. 
       Z sześciolatkami będzie znacznie większy problem. Nie można ich przechować w kantorku na miotły, muszą mieć własną salę, a to oznacza pracę na zmiany. Czyli rano świetlica, po południu lekcje. Posadzi się szczawiany do ławek na pięć godzin i zabroni biegać na przerwie, bo to niebezpieczne. Niech energię wyładują w domu, oczywiście po odrobieniu pracy domowej... Pewnie, że sobie poradzą, droga supernianiu, tylko jakim kosztem i dla jakiej idei?
     Jak nie wiadomo o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze. Niż demograficzny, echo niżu demograficznego, to nic nowego, przeżywaliśmy go wiele razy bez wywracania wszystkiego do góry nogami. Przecież było wiadomo, że takie czasy nastaną. Trudny okres trzeba mądrze przeczekać, a nie walczyć z wiatrakami rękoma sześciolatków. A co będzie z kolejnym niżem? Tym razem rząd powoła pod sztandary pięciolatki? W Anglii już tak jest, choć właśnie próbują się z tego wycofać. Bądźmy lepsi, od razu polikwidujmy przedszkola a potem żłobki. A na koniec w szkolnych salach gimnastycznych otwórzmy porodówki, by od razu przechwytywać nowy narybek. Ostatecznie świat zna przykłady efektywnej edukacji dwulatków!
     W naszej polityce nie widać nawet zalążków planowania wieloletniego, wszystko jest na tu i teraz. Następna ekipa zwali na poprzednią i jakoś się przecież uda. Chociaż nie! Jak się dobrze zastanowić, to jakiś pomysł na przyszłość w tej reformie jest. Europa, obniżając wiek szkolny, wydłuża przez to okres edukacji. Polskie sześciolatki o rok wcześniej zaczną, więc i o rok wcześniej skończą  naukę, a zatem również o rok wcześniej pójdą do pracy, której końca pewnie nie doczekają, bo wcześniej umrą ze starości.
       Najważniejsze, żeby ZUS miał się dobrze...

   A najsmutniejsze w naszej rzeczywistości jest to, że kiedy milion rodziców, od których szkoły domagają się przecież współudziału w nauczaniu i wychowaniu,  chce się wypowiedzieć, to głosami zaledwie kilku posłów można  uniemożliwić referendum - czyli odebrać ludziom możliwość udziału w najwyższej formie demokracji!  Oby tylko sześciolatki nie namieszały za bardzo na polskiej scenie politycznej...

piątek, 1 listopada 2013

Listopadowe refleksje...

      



      Polski romantyzm i europejski racjonalizm toczą we mnie krwawe boje. A już szczególnie na początku listopada, kiedy to rozświetlona zniczami Polska widoczna jest z Kosmosu. Bo właśnie wtedy, jak szydło z worka, wyłazi nasze narodowe zamiłowanie do martyrologii, patosu, spektakularnych gestów i traktowania tradycji naskórkowo. Staram się pielęgnować piękne polskie obyczaje, ale czasem mam dość słuchania o ich szczególnych wartościach wychowawczych. Bo, powiedzmy sobie szczerze, co jest wychowawczego w tym spektaklu odbywającym się na wszystkich polskich cmentarzach przez dwa dni w roku?  
     Najpierw do boju ruszają handlowcy. Już od połowy września w supermarketach główne miejsca zajmują znicze i sztuczne kwiaty. Wkrótce potem tereny wokół miejskich nekropolii zamieniają się w bazary. Powietrze wypełnia charakterystyczny zapach chryzantem. Ludzie robią zakupy hurtowe, mało kto ogranicza się do kilku lampek. Miarą naszej pamięci o zmarłych jest przecież liczba światełek na grobie... 
    Końcówka października to zbiorowe porządki na cmentarzach. Szorowanie pomników, wyrzucanie suchych kwiatów, zakurzonych wieńców i wypalonych zniczy. Często tych sprzed roku - jakoś nie było czasu wpaść wcześniej. Uprzątanie grubej warstwy jesiennych liści, bywa, że na inne groby, pod inne pomniki. Tak po katolicku, chociaż niby Pan Bóg wszystko widzi, ale może akurat patrzy w inną stronę... Zresztą cmentarne śmietniki zawalone po brzegi. Za ich opróżnienie parafie płacą ogromne sumy. Podobno w Sokółce, miejscu cudu z hostią, oszczędny proboszcz nakazał wiernym zająć się tym problemem indywidualnie. Ale od kiedy Polak sprząta po sobie?  Efekt - zwały śmieci wokół murów cmentarza, za parę lat wyrośnie tu wzgórze. Będzie drugi cud...  
     W połowie października zaczyna się medialna batalia o Halloween. Jedni ostrzegają, że zachodni zwyczaj przebieranek i stawiania podświetlonej dyni grozi zainfekowaniem młodych umysłów wpływami szatana. Inni widzą w tym tylko nieszkodliwą zabawę dzieciaków, która w dodatku nijak nie przeszkadza w celebrowaniu polskich obrzędów przez całe dwa następne dni, bo odbywa się 31 października. No, chyba że każda porządna katolicka rodzina wieczór poprzedzający dzień Wszystkich Świętych spędza na zbiorowych modlitwach, czytaniu Biblii  i wspominaniu zmarłych. Nie? Tak właśnie przypuszczałam...
      No i wreszcie 1 listopada. Targowisko próżności nad prochami zmarłych. Po śmierci też widać są lepsi i gorsi. Im bardziej okazały pomnik, tym więcej kwiatów i zniczy. Na jednym z nich, kolosie z czarnego marmuru, naliczyłam sześćdziesiąt identycznych lampek. W dodatku czerwonych. Łuna biła na kilometr. Ciekawe, skąd upodobanie do świateł o tej barwie, które w życiu doczesnym są przecież wizytówką burdelu. Cóż, zbyteczny przepych wywołał określone skojarzenia...  
     Dbałość o zewnętrzne pozory widać na każdym kroku. Są groby tak ustrojone, że dostawienie swojej skromnej lampki byłoby po prostu profanacją artystycznej koncepcji.  Instruuje się rodzinę, że np. w tym roku tylko białe kwiaty i zielone znicze. Co to, stadion Lechii czy wesele z listą prezentów? A w ogóle tego dnia wszystkich obowiązuje zasada "na bogato" - za cenę świątecznego wystroju najmniejszego gdańskiego cmentarza niejedna abisyńska wioska przeżyłaby rok obżarstwa...
    Nie sposób tu pominąć innego ważnego problemu. W Internecie czytałam wczoraj poważne porady, jak zabezpieczyć grób przed złodziejami: znicze osmalić, kwiaty połamać i polać roztopioną stearyną, wazony pomazać farbą. Paranoja! W naszym kraju jest ponoć 90% katolików. To kto kradnie i kto kupuje "okazyjnie" pod cmentarzem, skoro to problem masowy?
  
      Romantyczna część mojej natury kocha stare cmentarze z ich pięknymi alejami i pomnikami. Tak chętnie po nich chodzę w zaduszkowy wieczór. Natomiast wrodzony pragmatyzm każe mi zdecydowanie popierać ideę kremacji zwłok i składania prochów w kolumbarium. Tam nie ma miejsca na blichtr, niskie pobudki i przyziemne czynności, jakże odległe od spraw ostatecznych. Niewielka tablica z imieniem, nazwiskiem i datą. Na ziemi skraweczek miejsca na lampkę. Ileż problemów by zniknęło: kradzieże, wywóz śmieci,  coraz bardziej dotkliwy brak miejsca. A człowiek odwiedzający zmarłego poświęciłby cały ten czas na zadumę, refleksję, modlitwę,  nie na uprawę kwiatków i sprzątanie hektarów. Chociaż wiem, że wielu ludzi swoje uczucia wyraża właśnie poprzez działanie, a inni działają, bo boją się myśleć i czuć...
     
    Z góry przepraszam tych, którzy niedawno stracili kogoś bliskiego. Wy jeszcze nie macie siły na rozważania w tych kategoriach...