Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wesoła kuchnia Efki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wesoła kuchnia Efki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 marca 2016

Warstwowa sałatka z tuńczykiem



Przepis wzięłam z vloga Skutecznie.pl, gdzie przemiła pani pokazuje, jak zrobić taką sałatkę, ale znalazłam też przepisy o innym układzie warstw, z dodatkiem kukurydzy, papryki, a nawet buraków. Wygląda naprawdę smakowicie, chociaż kaloryczna jak piec hutniczy, ale za to sól jest tylko w składnikach.  Podobno bez masła traci swój charakterystyczny smak. Ponieważ zakładam, że każdy wie, jak posługiwać się tarką, podaję skrót przepisu. 

SKŁADNIKI:

1. 5 jajek na twardo (białka starte na grubej tarce, żółtka na drobnej - osobno)
2. puszka tuńczyka w kawałkach w sosie własnym (ok. 150g)
3. dwa małe korniszony drobno posiekane
4. 1/2 małej cebulki drobno posiekanej
5. ser żółty twardy (ok.100-150g) starty na grubej tarce
6. masło zmrożone (ok.50g) starte na drobnej tarce
7. majonez 
8. pieprz

Do miski (najlepiej o kształcie walca lub prostopadłościanu) wkładamy poszczególne warstwy sałatki, luźno, bez ubijania. Niektóre składniki można ścierać bezpośrednio do miski.
I tak, patrząc od dołu:

1) białka starte na grubej tarce
2) ser starty na grubej tarce
3) lekko rozdrobniony tuńczyk
4) majonez 3-4 łyżki w miarę równo rozprowadzone po tuńczyku
5) wiórki drobno startego masła
6) drobno posiekana cebulka 
7) drobno posiekane korniszony posypane pieprzem
8) majonez  3-4 łyżki w miarę równo rozprowadzone po korniszonach
9) żółtko starte na drobnej tarce

Miskę szczelnie przykrywamy folią spożywczą i kilka razy uderzamy dnem o blat, żeby warstwy się trochę scaliły. Wkładamy do lodówki na kilka - kilkanaście godzin. Smacznego (przynajmniej taką mam nadzieję)!

środa, 29 października 2014

Ekstremalne grzybobranie, czyli nie tylko borowiki są jadalne

       Borowiki, podgrzybki, maślaki... ileż można? Oswojony las lubiatowski okazał się na tyle łaskawy, że nawet podczas październikowej pełni księżyca odkrył przede mną spore okazy, których nie zdążyły zaatakować robale. Tak, tak, moi mili. Bo w pełnię grzyby owszem, rosną, ale choć z wierzchu wyglądają zdrowo, w środku najczęściej przypominają sito. Z dziesięciu znalezionych egzemplarzy przynajmniej połowa nie nadaje się do użytku. Ten na zdjęciach poniżej był, o dziwo, zdrowy, choć rozmiary miał monstrualne.

          
        Na leśnej dróżce spotkałam grzybiarza, który z braku innych grzybów zapełnił swój koszyk sarniakami dachówkowatymi (popularna nazwa tego gatunku to sarna lub kolczak - ze względu na charakterystyczny "dziobaty" spód).  Grzybasy miały pecha, bo 9 października zostały wykreślone z listy grzybów objętych ścisłą ochroną, na której były przez blisko dziesięć lat. Ciekawe, komu one smakują? Przed laty próbowałam coś z nimi zrobić, ale już sam duszący miodowo-korzenny zapach skutecznie mnie do nich zniechęcił. 


           W tym roku po raz pierwszy zetknęłam się z grzybem, którego wygląd mnie zachwycił. W dodatku jest on jadalny, a na ozdobę potraw nadaje się jak mało co. Popatrzcie sami. To dzieżka pomarańczowa. Nie można jej pomylić z niczym innym. Rośnie na ubitej ziemi - ta ze zdjęcia opanowała środek i pobocza uczęszczanej leśnej drogi. Jest bardzo krucha i delikatna, więc trzeba ją zbierać ostrożnie, na szczęście słabo trzyma się podłoża. Nie ma jakiegoś specjalnego smaku, choć ususzona przypomina chipsy. Za to można ją sparzyć i przyozdobić np. sałatkę.





          Na koniec gwóźdź programu, czyli tzw. czarcie jaja. Podobno wielki przysmak Niemców i Francuzów. No to jak nie spróbować? Tym bardziej, że w nadmorskich lasach występują w wielkiej obfitości, zwłaszcza na wszelkiego rodzaju porębach. 

Czarcie jaja wyglądają jak purchawki, ale pod wierzchnią cieniutką skórką znajduje się
żółtawa, oślizgła i klejąca galareta.  Brr...
A to czarcie jaja w przekroju. Jadalny jest wyłącznie środek, czyli zarodek grzyba.
Galaretę otoczoną z obu stron jasnymi błonkami trzeba usunąć i wyrzucić.
Czarcie jaja gotowe do dalszej obróbki. Teraz wyraźnie widać, że to grzybie "płody".
Ich zaletą jest zwarty miąższ oraz piękny wygląd w przekroju. 
Prawda, że czarcie jaja pięknie się prezentują w plasterkach?
Potrawa pierwsza - czarcie jaja smażone na chrupko.
Nie trzeba żadnej panierki. Na silnie rozgrzanym tłuszczu grzyby błyskawicznie osiągają
konsystencję grubych chipsów i naprawdę pysznie smakują.
Tu podane na grubym racuchu. Jadłam osobiście i potwierdzam - pyszne!
A tu wersja na ostro, czyli czarcie jaja w marynacie.
Jeden słoik już zeżarty, reszta czeka na Wigilię.

     Sugeruję jednakowoż, aby nazwę grzyba zachować w tajemnicy do samego końca, kiedy konsumenci już przełkną ostatnie kęsy.  Bo  przecież "jajo" to tylko etap w rozwoju. A co z niego wyrasta? Otóż, moi mili, właśnie zeżarliście dziecko sromotnika bezwstydnego, nie bez powodu zwanego po łacinie phallusem. Dorosłe osobniki rosną sobie gromadnie, śmierdzą padliną na odległość i albo budzą wstręt, albo cieszą oko i wyobraźnię - zależy od nastroju, przynależności partyjnej ewentualnie stadium zdewocenia obserwatora. Zainteresowanym mogę wskazać miejsce, gdzie jest tego cała polana ;-)



      Pozostaje mi życzyć dużo pozytywnych wrażeń przy konsumpcji. Bo nie wszystko wydaje się być takim, jakim jest na pierwszy rzut oka, a dziecko może się znacznie różnić od rodziców. 

        I jeszcze jedna, bardzo ważna uwaga. Ponieważ sromotnika bezwstydnego nie da się pomylić z żadnym innym grzybem, a czarcie jaja rosną "u stóp" dorosłych osobników przytwierdzone do ziemi długimi pasmami grzybni, więc ryzyko zebrania czegoś innego jest praktycznie zerowe.  W razie czego ostatecznym kryterium jest przekrój "jaja". Poza tym sromotnik nie ma nic wspólnego ze śmiertelnie trującym muchomorem zielonawym, niegdyś zwanym muchomorem sromotnikowym.


wtorek, 8 lipca 2014

Domowy twaróg i domowa ricotta - mniam!

    Twarogi domowe to ja ostatnio wytwarzam dosyć często najprawdopodobniej powodowana kryzysem wieku - hmm... średniego? Przypominają mi one bowiem studenckie czasy mojej młodości. W każdym akademickim pokoju małżeńskim wisiały węzełki z pieluch (nieużywanych!), wypełnione mlecznym skrzepem, z którego wolno kapała serwatka. A potem maluchy ze smakiem wcinały delikatny, mięciutki, niekwaśny twarożek.
     Produkcja domowego twarogu jest prosta jak drut. Nawet nie będę się silić na podanie dokładnych proporcji. Ja jednorazowo używam 4 l mleka, bo z takiej ilości wychodzi ok. 0,5 kg twarogu. Mleko musi być pasteryzowane albo prosto od krowy, nie UHT!  Trzeba je nastawić na zsiadłe albo takie kupić. Ja zakwaszam grzybkiem kefirowym. Można do słodkiego mleka dodać 1/2 l kwaśnej śmietany - co kto lubi.  
       
      Twaróg robimy dwoma sposobami:
1. Zsiadłe mleko delikatnie podgrzewam (ma być gorące, ale lepiej, żeby nie wrzało), aż zrobi się skrzep pływający w żółtawej przezroczystej serwatce.
2. Do mleka zsiadłego wlewam litr zagotowanego mleka słodkiego, mieszam  i też czekam na oddzielenie się serwatki (taki twaróg jest słodszy i delikatniejszy).
     Całość nieco lub zupełnie studzimy i powstały twaróg delikatnie przekładamy do durszlaka wyłożonego podwójnie złożoną gazą (apteka). Jak trochę obcieknie, zawiązujemy rogi gazy i wieszamy na całą noc nad garnkiem z serwatką, niech sobie skapuje. Rano gomółkę twarogu przekładamy do miseczki i przystępujemy do konsumpcji w dowolnej postaci. 

Pół kilo chudego twarogu domowego z mleka 2%

       Zostało nam mnóstwo serwatki. Robiłam już z niej zupy oraz popijałam "na surowo". I choć jakoś nie przepadam za tym smakiem, to żal po prostu wylać, bo tyle w niej pożytecznych składników. Poszukując rozwiązań, wpadłam na przepis produkcji serka ricotta, którego podstawą jest właśnie serwatka.

      Do letniej (ok 35 stopni) serwatki powstałej z 4 l mleka wlałam wszystkie resztki śmietany, jakie miałam w lodówce, czyli 0,5 l kwaśnej 18% i 1/2 szklanki tortowej 36%. Jeśli ktoś chce wersję odchudzoną - może być litr słodkiego mleka (oczywiście, nie UHT - bo się nie zsiądzie). Potrzymałam jakąś godzinę,  potem zaczęłam podgrzewać jak na twaróg. Kiedy zaczął się tworzyć skrzep, dodałam jakieś 3-4 łyżki octu 6%, wymieszałam trzepaczką i zostawiłam na całą noc. Rano bardzo delikatnie przełożyłam "gęste" do durszlaka wyłożonego gęstą płócienną ściereczką (gaza jest za rzadka). Naprawdę DELIKATNIE!,  czyli w żadnym wypadku nie przelewać naraz zawartości garnka, tylko przekładać łyżką, bo cząsteczki serka są tak małe, że rozpuszczone w serwatce po prostu przelecą nawet przez ścierkę. Serwatka początkowo musi skapywać wolno i bez żadnego nacisku. Dopiero kiedy serek zgęstnieje na durszlaku, można ściereczkę zawiązać w tobołek i powiesić, a nawet wydusić z niego trochę płynu, żeby było szybciej. Wyszło mi ok. 400 g serka.
       Smak ricotty - przepyszny, konsystencja - nie do opisania. Ten serek jest po prostu gładki jak masło, zresztą służy do smarowania, ale jest znacznie gęstszy i bardziej aksamitny niż jakikolwiek kupiony w sklepie. Polecam z całą odpowiedzialnością - przed dwiema godzinami zjadłam kolację i jeszcze się oblizuję na jej wspomnienie :-) Smacznego!

400 g domowego serka ricotta - uwaga: tu są kalorie, ale jakie smaczne :-) 

czwartek, 19 czerwca 2014

Herbata po turecku

      Tak długo za mną chodził niepowtarzalny smak i aromat tureckiej herbaty, że w końcu postanowiłam sobie pofolgować. I jak to ja - od razu z grubej rury. Zwłaszcza, że Turek nad Motławą naprzeciwko Ołowianki (niezbyt miły, ale herbatę serwował) wyprowadził się w nieznane, a w jego lokalu powstał jakiś kolejny amerykański przybytek.


      Wiedząc od dawna, że tureckiej herbaty nie zaparzy się w wiadrze, postanowiłam zainwestować w odpowiedni sprzęt. Drogą kupna nabyłam więc tzw. zestaw, czyli komplet czajników „Çaydanlık Mini Boy”, szklaneczki "tulipany" z podstawkami, no i, oczywiście, prawdziwa turecka herbata z rejonu Rize. Moja nazywa się "Rize turist". Przy okazji zareklamuję sklep internetowy TURECKIE DELIKATESY, bo w takim tempie przysłali mi towar, że zaniemówiłam z wrażenia.
      Nadszedł czas zdobywania doświadczeń. Od czego Internet - przepisów co niemiara. Ja skupiłam się głównie na tych przekazywanych przez autentycznych Turków, ale nie ominęłam też uwag polskich znawców napojów wszelakich. Z tego wszystkiego powstał konglomerat, który ośmielę się nazwać moim autorskim przepisem.

      Otóż wygląda to tak.
1. Do dolnego czajniczka - mój ma pojemność 0,8 l - wlewam wodę odfiltrowaną w filtrze Britta (to żadna reklama - akurat taki mam) mniej więcej do 2/3 wysokości. Nie więcej, bo woda podczas wrzenia wykipi przez dzióbek, choć można temu zapobiec, gotując ją na bardzo małym ogniu.
2. Do górnego czajniczka - o pojemności 0,4 l - sypię herbatę.  Lubię mocną, więc miarką jest dla mnie szklaneczka-tulipan; daję 3/4 szklaneczki suszu. To mniej więcej 3 kopiaste łyżki stołowe. Zalewam susz zimną wodą, wypłukuję pył herbaciany i odlewam wodę, pozostawiając mokre listki. Ten zabieg pozbawia herbatę zbędnej goryczy, nawilża ją i pozwala wydobyć aromat podczas wstępnego parzenia.
3. Stawiam  czajniczki jeden na drugim, podpalam gaz i czekam spokojnie, aż woda w dolnym zawrze. Zmniejszam gaz i daję jej się gotować jakieś trzy minuty.
4. Po tym czasie napęczniałą herbatę w górnym czajniczku powoli zalewam wrzątkiem z dolnego, do ok. 3/4 pojemności. Do esencji wrzucam małą kostkę cukru, najlepiej brązowego.
5. Uzupełniam wodę w dolnym czajniczku i ponownie ustawiam jeden na drugim. Tym razem woda ma się gotować na małym ogniu około 20 min. - to czas potrzebny do właściwego zaparzenia esencji w górnym czajniczku. Listki muszą opaść na dno.
6. Gotową esencję rozlewam do szklaneczek-tulipanów (1/3-1/2 pojemności), pierwsze krople przez sitko, żeby jakieś fusy nie przeleciały, potem już nie trzeba. Uzupełniam wrzątkiem, dodaję małą kostkę cukru na szklaneczkę (opcjonalnie - 1 słodzik).

     Mówi się, że turecka herbata ma mieć kolor "krwi królika". Bynajmniej nie zamierzam utrupiać tego skądinąd przemiłego gryzonia, żeby się przekonać, czy moja spełnia ten warunek.  W każdym razie jest ciemnobursztynowa, klarowna, aromatyczna - przepyszna! Właśnie ją sobie zaparzyłam :-)



       I jeszcze jedno. Na herbatę po turecku trzeba znaleźć czas, przynajmniej godzinę, z czego połowa to sam proces parzenia. Esencję należy zużyć w ciągu godziny od zaparzenia, popijając herbatkę szklaneczka po szklaneczce i delektując się jej wyrazistym smakiem, najlepiej w miłym towarzystwie. Uczestnicy wyścigu szczurów muszą się, niestety, zadowolić ekspresówką w saszetkach...

niedziela, 20 kwietnia 2014

Najłatwiejsze ciastka świata - bezy

      Do tradycyjnych wielkanocnych wypieków zużywamy więcej żółtek niż białek, więc te ostatnie trzeba jakoś wykorzystać. Proponuję pyszne bezy. Ich wykonanie jest dziecinnie łatwe i nie zajmuje dużo czasu, wystarczy mieć sprawny mikser i pamiętać o kilku zasadach. Ja swoje beziki machnęłam po śniadaniu wielkanocnym, bo potrzebowałam miejsca w lodówce, a miska z białkami je zajmowała.


1. Piekarnik rozgrzewamy do 120-130 stopni, wyższa temperatura zamieni nasze bezy w miękkie brązowe placki. 
2. Na każde białko odmierzamy ok. 50-55 g cukru miałkiego (niektórzy dają cukier-puder, ale to naprawdę niekonieczne).
3. Ubijamy białka ze szczyptą soli na sztywną pianę. 
4. Cukier wsypujemy stopniowo (mniej więcej po łyżce) do sztywnej piany, nie przerywając ubijania. Ubijamy do uzyskania w miarę gładkiej konsystencji, żeby cukier był jak najmniej wyczuwalny.
5. Na koniec wmiksowujemy do piany płaską łyżkę mąki ziemniaczanej i łyżkę octu, co poprawi strukturę bezy.
6. Gęstą masę przekładamy do torebki foliowej, robimy w rogu dziurkę (ja dodatkowo zakładam końcówkę do zdobienia tortów kremem) i wyciskamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia lub innym nieprzywierającym wynalazkiem.
7. Pieczemy ok. 40 min., potem jeszcze ok. 60-90 min. dosuszamy w półotwartym stygnącym piekarniku (100-80-60 stopni), żeby się nie lepiły. Nawiew przyspiesza wysuszanie. Najlepszym doradcą jest tu własny palec i oko. Gotowe bezy są białe i lekkie oraz nie uginają się pod dotykiem. Im krótszy czas pieczenia, tym będą się bardziej ciągnąć w środku. Suszone ponad godzinę będą twarde i suche również w środku. Im mniejsze i bardziej płaskie, tym szybciej wysychają. Co kto woli - trzeba wypróbować na swój gust. Ja najbardziej lubię takie chrupkie z wierzchu, ale od wewnątrz z odrobiną wilgoci, która zamienia ostatni słodki okruch w gumę do żucia.  Albo takie nie do gryzienia, a do ssania - z kruchą warstewką z wierzchu, a w środku ciągnące jak mordoklejka. Mniam :-)
8. Studzimy i przechowujemy w szczelnym pudełku, chyba że przedtem wylądują w żołądkach :-)
9. W wersji luksusowej można je przełożyć dowolnym kremem, np. mocno czekoladowym. 

Ot i cała filozofia! Nie mówcie, że to trudne. Powodzenia i smacznego :-)


Aha, z trzech białek wyszło mi 46 bezików o średnicy  ok. 5 cm.


piątek, 13 grudnia 2013

Drobiowy pasztet Alicji


Ten większy jest z kurczaka, ten mniejszy - z kaczki wzbogacony suszoną żurawiną.

       Nie jestem jakąś szczególną fanką pasztetów, ale ten jest po prostu wyjątkowy. Od lat się nim zajadam, w tym roku wydębiłam przepis od tytułowej Alicji (Z.) i postanowiłam zrealizować go osobiście. Nie bez znaczenia jest fakt, że pasztet ów, w odróżnieniu od klasycznych, jest bardzo mało kaloryczny, gdyż tłuszczu w nim tyle, co na lekarstwo. Dobrze przyprawiony smakuje wybornie. Naprawdę polecam! 

Składniki:

1 kurczak (ok. 2 kg)
2 duże marchewki
1 pietruszka
pół selera
2-3 ząbki czosnku
sól, pieprz

       Z podanych składników trzeba ugotować najzwyklejszy rosół, który potem można wykorzystać jako bazę do innej zupy. Niech pyrka na małym ogniu tak długo, żeby mięso samo odchodziło od kości. Odstawić w chłodne miejsce, żeby wystygł.
        Obrać zimnego kurczaka z mięsa (skórę wyrzucić) i zmielić je w maszynce razem z warzywami. 

1 cebula
0,5 kg wątróbki
olej

      W międzyczasie wątróbkę usmażyć na rumiano z cebulką (bez soli!). Wystudzić, przekręcić przez maszynkę. Dodać do zmielonego kurczaka.

3 czerstwe bułki

      Bułki namoczyć w ok. 2-3 szklankach zimnego rosołu. Nie wyciskać, bo pasztet będzie suchy! Tylko lekko otrząsnąć i takie ociekające wrzucić do masy kurczakowo-warzywno-wątróbkowej.

3 jajka
2 ząbki czosnku
przyprawy: sól, pieprz, majeranek, gałka muszkatołowa, imbir

      Na koniec dodać jajka, zmiażdżony czosnek oraz przyprawy. Masę dokładnie wyrobić mikserem lub ręką. 
     Wyłożyć na blaszkę lekko natłuszczoną i posypaną tartą bułką. W wersji hard można blachę wyłożyć plastrami boczku :-) Ja wszystko piekę przeważnie na tescowym papierze.
       Piec w nagrzanym piekarniku w temperaturze ok.180 stopni. Czas pieczenia: +/- 50 minut dla płytkiej blachy, ok. 60 minut dla keksówki. Kilka minut przed upływem czasu pieczenia sprawdzić patyczkiem. Jeśli nic się do niego nie przylepia, pasztet gotowy. 
       Pod żadnym pozorem nie próbujcie "na wszelki wypadek" trzymać pasztetu dłużej w piekarniku, bo się przesuszy i będzie niesmaczny.

      W wersji świątecznej można dodać orzechy, grzyby, śliwki, rodzynki, zabarwić szafranem albo kurkumą, zalać galaretą i w ogóle pobawić się wyglądem i smakami. Ale ja nie mam zamiaru niczego zmieniać...

środa, 11 grudnia 2013

Karp po żydowsku - wigilijny hit mojego domu


To przepis autorstwa mojej mamy, która przed laty zmodernizowała jakąś prastarą recepturę. Jeśli ktoś lubi orientalne połączenie słodyczy i ostrości - polecam. Wykonanie nie jest trudne, choć dość pracochłonne. Jednak przy odpowiedniej organizacji pracy wszystko nie powinno pochłonąć więcej czasu niż dwie godziny. Zatem - do dzieła!

Składniki:
1,5 karpia lub 2 duże płaty i jeden mniejszy
5 głów karpia (spod lady ;-)
2 średnie marchewki
1 pietruszka
1 duża cebula
1 bułka kajzerka
100 g  migdałów posiekanych  w słupki (bez skórki, naturalnie!)
100 g rodzynek sułtańskich
sól, dużo pieprzu
żelatyna spożywcza

1) Płaty karpia pozbawiamy ości oraz łusek.
2) Z łbów karpia, wyciętych ości oraz jarzyn i szczypty soli gotujemy wywar, około 0,75 -1,50 litra (zależy od wielkości karpia).
3) Jarzyny wyjmujemy z wywaru i siekamy w drobną kostkę. Dodajemy do nich rodzynki i migdały, można więcej niż w przepisie - co kto lubi. Niech wszystko stoi na boku i czeka na swoją kolej.
4) Wyjmujemy z wywaru łby karpia i wyłuskujemy z nich mięsko, a jest go całkiem sporo.  
5) Teraz robimy farsz. W maszynce do mięsa (albo w mikserze) mielimy najmniejszy surowy płat karpia pozbawiony skóry, gotowane mięso z łbów oraz namoczoną i odciśniętą bułkę. Całość dobrze mieszamy, solimy i pieprzymy do smaku. Nie żałujemy pieprzu. Farsz ma mieć konsystencję na tyle gęstą, żeby nie spływał z łyżki.
6) Na folii aluminiowej układamy jeden płat karpia skórą do dołu, lekko solimy. Nakładamy farsz i równomiernie go rozprowadzamy. Drugi płat lekko solimy i  kładziemy na farszu skórą do góry. Całość dokładnie owijamy w folię i gotujemy w lekko osolonej wodzie ok. pół godziny.
7) Podczas gdy karp się gotuje, przecedzamy wywar z p.2) przez gęste sito, dodajemy do niego żelatynę i podgrzewamy. Żelatyny może być mniej niż w przepisie na opakowaniu, bo część przecież uzyskaliśmy, gotując łby i ości. Następnie wsypujemy zawartość miseczki z p.3) Doprawiamy sporą szczyptą pieprzu i sprawdzamy, czy rodzynki dały wystarczającą słodycz. W razie potrzeby dodajemy trochę cukru. Smak ma być ewidentnie słodko-ostry ze słonym w tle. Obowiązkowo trzeba uruchomić własne kubki smakowe i spróbować, czy wywar jest odpowiednio esencjonalny, w przeciwnym wypadku nie będzie orientalnego efektu!!!
8) Ugotowanego karpia wyjmujemy z wody, studzimy, kroimy na plastry i układamy "artystycznie" na głębokim półmisku. Przy okazji pozbywamy się też przeoczonych wcześniej ości.
9) Gorący wywar wlewamy na półmisek, tak żeby całkiem pokrył plastry karpia. Widelcem delikatnie pomagamy warzywom, rodzynkom i migdałom zająć właściwą pozycję. Można je rozprowadzić równomiernie albo usypać malownicze pagórki. Z wierzchu ozdabiamy plasterkami cytryny i gotowanej marchwi. 
10) Odstawiamy półmisek na kilka godzin w chłodne miejsce do zastygnięcia galarety. Przed podaniem możemy ożywić potrawę, dekorując ją gałązkami świeżej natki pietruszki.

Smacznego :-)



poniedziałek, 9 grudnia 2013

Śledziki "w śmietniku" na Wigilię


Wigilijny zestaw 2013:
śledzie " w śmietniku" na pierwszym planie,
w środku śledzie z suszonymi pomidorami i czosnkiem,
a po prawej - z porami, kukurydzą i rodzynkami w sosie majonezowo-śmietanowym.

      Te śledzie to kolejna tradycyjna potrawa wigilijna w moim domu. Nie podam tu wagi i ilości składników, bo "śmietnika" musi być po prostu mniej więcej tyle, co śledzi, ale proporcje można zmieniać wedle własnych upodobań.

Składniki:

śledzie solone (Ja używam filetów z matiasów, muszą być jasne, grube i twarde. Oczywiście taniej jest kupić całe śledzie, ale roboty, smrodu i odpadów przy tym tyle, że wolę nieco przepłacić.)

"śmietnik", czyli pokrojone w kostkę (jak na sałatkę) poniższe produkty w dowolnych proporcjach:
cebula (u mnie stanowi mniej więcej połowę sałatki)
słodkie jabłko
ogórek konserwowy (niektórzy wolą kiszony)
grzybki marynowane
śliwki z octu lub kalifornijskie suszone/rodzynki sułtanki
(może być trochę kolorowej papryki dla ożywienia)

dużo czarnego grubo zmielonego pieprzu
olej rzepakowy (wyłącznie! - każdy inny zmienia smak potrawy!)

     Śledzie moczę przez ok. 2 godziny w sporej ilości wody z dodatkiem niewielkiej ilości octu - ot, tyle, żeby woda była lekko kwaskowata. Śledzie w oleju nie są wtedy takie mdłe, no i zapach mają lepszy. Następnie kroję filety w poprzek na paski ok. 2 cm szerokości. Układam je w naczyniu lub słoju warstwami: śledzie - sałatka z posiekanych składników wyżej wymienionych - warstewka pieprzu i tak do wyczerpania składników. Całość zalewam olejem, delikatnie dziobię patyczkiem do szaszłyków, żeby wszędzie dotarł, po czym lekko dociskam z góry. W chłodnym miejscu śledzie spokojnie wytrzymują ponad tydzień, więc też można zrobić wcześniej. 

Do śledzi podaję ziemniaki w mundurkach. Najpierw je obgotowuję przez ok. 10 min. a potem zapiekam w piekarniku do zrumienienia. Przekrojone wzbogacam łyżeczką masła, nie zważając na święte oburzenie różnych nawiedzonych kulinarnych ascetów, którym z tego miejsca życzę jak najwięcej wrażeń smakowych przy pieczywku "Wasa" i odtłuszczonym jogurcie.

Smacznego :-)


piątek, 6 grudnia 2013

Wigilijne kapuśniaczki

Zeszłoroczne "kapuśniaczki"

      Pod nazwą "kapuśniaczki" kryją się pyszne paszteciki drożdżowe z postną kapustą. To potrawa, która gości na naszym wigilijnym stole odkąd tylko pamiętam i jest nieodłącznym smakiem mojego dzieciństwa. Jeszcze ciepłe kapuśniaczki podaję zwykle do czystego gorącego barszczyku z samych buraków (bez żadnych wywarów mięsnych ani warzywnych) doprawionego tylko solą, pieprzem, czosnkiem, cytryną oraz majerankiem.
     Ile bym ich nie napiekła, to zawsze jest za mało. W całym okresie świątecznym rodzina używa ich zamiast chleba. Cudownie pachną, są mięciutkie, wilgotne w środku. W tym roku czeka mnie pieczenie na trzy domy - cieszę się, że moja tradycja idzie w świat :-)
     Przepis pochodzi ze starej książki kucharskiej, którą mam do tej pory, choć traktuję ją już raczej jako zabytek. 

Składniki: Ja robię kapuśniaczki z podwójnej porcji, czyli z 1 kg mąki, a w oryginalnym przepisie jest jeszcze o połowę mniej. Gdybym trzymała się tych proporcji, nie doniosłabym potrawy na stół, zeżarliby w locie :-))

Nadzienie zawsze przygotowuję 1-2 tyg. przed świętami.

Nadzienie:
2 kg kapusty kiszonej
grzyby suszone (3-4 spore garście, a jak macie więcej, to nie żałujcie)
posiekana cebula (2-3 spore sztuki)
łyżka zmielonego pieprzu
ok. 1/5 szkl. oleju rzepakowego 

    Kapustę przepłukać, odcisnąć i drobno posiekać. Gotować kilka godzin na małym gazie (najlepiej na podkładce) w takiej ilości wody, żeby ją było widać po naciśnięciu łyżką. W razie potrzeby dolać. Na drugi dzień grzyby odmoczyć, posiekać i ugotować w niewielkiej ilości wody. Dodać do kapusty razem z grzybowym wywarem. Znowu gotować 2-3 godziny. Kolejnego dnia posiekać cebulę i usmażyć na złoto w oleju. Kapustę odparować na malutkim ogniu bez przykrycia. Kiedy już praktycznie nie będzie płynu, dodać do niej cebulę razem z olejem, w którym się smażyła. Poddusić chwilę, aż całość zrobi się gęsta, lśniąca i przybierze kolor "średni blond". Doprawić pieprzem.
    Nadzienie można przygotować parę dni wcześniej, zamknąć na gorąco w słoikach i postawić w chłodnym miejscu. Ja od tego właśnie zaczynam przedświąteczne działania w kuchni.
    Nadmiar nadzienia można dodać do świątecznego bigosu czy łazanek albo zamrozić na inne okazje. Można też podać jako osobne danie wigilijne. Nie zmarnuje się na pewno :-)

Ciasto:
50 dag mąki pszennej
4-5 dag drożdży
2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka soli
4 żółtka / 2 male jajka
10 dag miękkiego tłuszczu (ja używam masła)
1 szkl. letniego mleka

     Przygotować rozczyn z drożdży, cukru, mleka i kilku łyżek mąki. Kiedy zacznie "bąblować", dodać resztę składników i wyrobić ciasto. Tę niewdzięczną czynność wykonuje za mnie moja maszyna do pieczenia chleba, co nie tyle skraca czas produkcji kapuśniaczków, ile oszczędza mi bałaganu i pozwala zająć się czymś innym, np. przyrządzaniem pysznych śledzików. Przez wiele lat gniotłam ciasto ręcznie, ale włóżcie między bajki opowieści, że trzeba się natyrać, aby potrawa smakowała. Zresztą kiedyś ręce po łokcie urabiały jedynie małorolne chłopki albo komornice, szlachta "stawiała dziewkę przy dzieży" ;-) Dziś ową dziewkę zastąpiły miksery, malaksery, speeedcooki i inne wynalazki ułatwiające życie zapracowanym kobietom. Choć pełny szacunek dla tych, które hołdują tradycji...    
    Gotowe wyrośnięte ciasto trzeba rozwałkować tak cienko, jak się da, choć bez przesady, pociąć na prostokąty, wypełnić nadzieniem i zawinąć jak naleśniki, podwijając boki do środka. Czasem robię kapuśniaczki w foremce do dużych pierogów - wyglądają bardzo ładnie, ale są bardziej pracochłonne. Ułożyć luźno (wyrosną przynajmniej dwukrotnie!) na blaszce wysmarowanej tłuszczem, "szwem" do dołu. Ja ostatnio preferuję papier do pieczenia - jest dużo wygodniejszy i bardziej "dietetyczny", a o żadnych przeciwwskazaniach zdrowotnych póki co nie słyszałam. Korzystam też z takich grubszych lub cieńszych wielokrotnych silikonowych "ceratek" z Lidla.
    Przed włożeniem do piekarnika można poczekać chwilkę, by kapuśniaczki nieco podrosły, choć w zasadzie wystarczy czas przygotowywania i układania na blaszce. Można posmarować białkiem albo wodą z cukrem, ale niekoniecznie.
       Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni, aż będą rumiane. Wyjąć do ostudzenia. Nadmiar można zamrozić - odgrzewane smakują równie dobrze.

      Z tego samego ciasta za jednym pieczeniem można wykonać paszteciki sylwestrowe. Różnią się tylko farszem. Ja robię go z dowolnego mięsa mielonego przyprawionego na ostro, ale można dodać jakieś warzywa, parówki z serem,  gulasz (byle nie za mokry) i co kto chce. Smacznego :-)
   
      


środa, 4 grudnia 2013

Wigilijne rozmyślania




     Wigilię w moim domu obchodzi się tradycyjnie, przynajmniej jeśli chodzi o stronę wizualno-kulinarną. Złoto-czerwona choinka, mnóstwo migocących światełek, aniołki, gwiazdki, szyszki, brokatowy błysk - kicz, wiocha - cudownie!!! W tle cichutko kolędy, najchętniej "Mazowsza". Na stole biały obrus, złote serwetki, dużo świec, sianko, opłatek, miejsce dla wędrowca. Do kolacji siadamy o 18.00. Od lat serwujemy nieodmiennie ten sam zestaw dwunastu potraw, a wszelkie odstępstwa od normy zawdzięczamy gościom, którzy zaproszeni na Wigilię, wpadają z własną wałówką. Niespodzianką jest też jeden rodzaj śledzi, który co roku zależy od widzimisię kucharza. Mimo zniesienia postu nigdy nie podajemy potraw mięsnych. One pojawiają się dopiero w pierwszy dzień świąt, choć wtedy wszyscy i tak najchętniej dojadają ryby. 

A oto moje tradycyjne wigilijne menu, w kolejności spożywania:

1) Czysty postny barszcz z buraków
2) Kapuśniaczki, czyli paszteciki drożdżowe z nadzieniem kapuścianym
3) Śledzie "w śmietniku"
4) Śledzie w sosie śmietanowo-czosnkowym
5) Śledzie niespodzianka
6) Ziemniaki w mundurkach (do śledzi)
7) Dorsz w sosie greckim
8) Karp po żydowsku (na słodko) albo smażony na maśle
9) Pstrąg w galarecie
10) Kutia albo łamańce z makiem i miodem, albo makowiec - coś z makiem musi być!
11) Kisiel żurawinowy
12) Kompot z suszu owocowego


   Tłustym drukiem zaznaczyłam potrawy wigilijne  szczególnie entuzjastycznie przyjmowane przez domowników. Ich nie ma prawa zabraknąć! Wkrótce podam niektóre przepisy...
       Nie zawsze nasze wigilijne menu składało się z dwunastu dań. Bywało cieniutko z pieniędzmi albo i chęciami. Dokładnie w Wigilię 1981 r. pochowaliśmy dziadka, kto wtedy myślał o barszczyku czy rybie. Żeby pocieszyć babcię, liczyliśmy jako potrawy chleb, cukier, herbatę, cytrynę itp. - i tak naciągnęliśmy ich liczbę do dwunastu. Tradycji stało się zadość...
      No cóż, życie toczy się dalej. Próbowałam już wprowadzić do wigilijnego jadłospisu zupę migdałową, pierogi, uszka, karpia w sosie piernikowym i łososia z pieczarkami, ale się nie przyjęły. Jednak przyzwyczajenie jest drugą naturą. Zresztą czy to źle? W świecie, gdzie nic nie jest pewne i stałe, taka tradycja daje człowiekowi solidne podparcie, określa tożsamość, wiąże z bliskimi. Może dlatego przykładałam tak ogromną wagę do Wigilii klasowych, urządzanych zawsze wieczorem z udziałem nie tylko uczniów, ale i ich rodzin. Z czytaniem Biblii, obrusem, świecami, opłatkiem, zwyczajowymi potrawami, choinką, prezentami. Z zaangażowaniem wszystkich (no, prawie wszystkich) w przygotowanie uroczystości i posprzątanie po niej. Z ciepłą, serdeczną atmosferą, śmiechem, powagą, wzruszeniem. I co z tego, że byłam cały dzień na nogach? Wracałam do domu późnym wieczorem zmordowana jak kobyła po wyścigach, ale w przekonaniu, że było warto...     
     Przy wigilijnej wieczerzy pośpiech jest szczególnie niemile widziany. Tu wszystko powinno się celebrować: smakować potrawy, prowadzić ciekawe rozmowy, śpiewać kolędy, rozpakowywać prezenty i cieszyć się nimi w gronie bliskich sobie ludzi. Te klasowe spotkania opłatkowe uczniów z wychowawcą, między polskim a matematyką, przy coli i chipsach, na łapu capu, bo wszystko inne jest ważniejsze, to jakaś straszliwa parodia pięknej tradycji. Pracownicze Wigilie znane mi z autopsji - to były z reguły przymusowe spędy obojętnych sobie ludzi, którzy tylko czekali, żeby się urwać do domu.  Może już lepiej nie robić nic...
      
    Koniec dygresji. A jak wygląda wasza Wigilia? Może jednak uda się wam zainspirować mnie do modyfikacji albo nawet radykalnej zmiany jadłospisu? Czekam na propozycje.


piątek, 22 listopada 2013

Oszukane gołąbki


       Oszukane gołąbki to kolejny stary wypróbowany przepis na bazie kapusty. Można je zrobić przy okazji wykonywania kotletów z kapusty - za jednym bałaganem dwa dania.

    Gołąbki klasyczne są moją absolutnie ulubioną potrawą. Jeśli figurują w menu restauracji, najprawdopodobniej właśnie je wybiorę, choćby kusili mnie nie wiem jakimi frykasami. Czasami przeżywam rozczarowanie, bo zamiast oczekiwanego smakołyku dostaję niedogotowaną kapustę z ryżowym kluchem w środku. Takie jest życie... Ja sama potrafię przyrządzić naprawdę smaczne gołąbki, są dobrze przyprawione, delikatne, rozpływają się w ustach a nie na talerzu. Ale taki efekt osiągam przeważnie kosztem głodującej rodziny, kuchni zajętej przez pół dnia i płyty zastawionej garami, wśród których króluje wielki sagan, bo do kilku gołąbków nawet nie ma co się przymierzać. Ja z reguły poprzestaję na kilkudziesięciu. W jednym garnku parzę kapustę, którą potem odcedzam na durszlaku, w drugim gotuję ryż, w dużej misce mieszam farsz, w saganie układam zawinięte gołąbki, które następnie duszę. Pot mi spływa nie powiem po czym, ale chyba Pan Bóg wiedział, po co zakończył plecy rowkiem ;-) Kuchnia nieduża i potrzeba sporo umiejętności ekwilibrystycznych, żeby w tym wszystkim się połapać. Zapasy mrożę, ale że przynajmniej raz w tygodniu jemy je na obiad, więc, niestety, szybko znikają, a na następną taką akcję dłuuuugo nie mam ochoty... 

     Gołąbki oszukane przyrządza się znacznie szybciej, bo po ugotowaniu ryżu wszystkie pozostałe składniki idą do tego samego gara. Zatem potrzebny jest tylko malakser do starcia kapusty i cebuli, garnek, patelnia i trochę wolnego czasu.

Składniki:
1 kg dowolnego mięsa mielonego
1 kg surowej kapusty startej na grubej tarce
1 duża posiekana cebula
0,5 szkl. kaszy manny
2,5 szkl. ugotowanego ryżu
4 całe jajka
sól, pieprz

tarta bułka lub mąka krupczatka
olej do smażenia



    Wszystkie składniki trzeba wyrobić na masę. Uformować kotlety, obtoczyć i usmażyć na rumiano. Włożyć do garnka. Nie wszystkie - tylko tyle, ile potrzebujemy na obiad. Reszta do zamrażalnika, na później. Zalać lekko osoloną wodą lub w wersji "na bogato" dowolnym, niezbyt gęstym sosem. Ja zalewam sokiem pomidorowym, który osobiście wykonałam przy okazji suszenia pomidorów. Może być też sok pomidorowy z kartonu, choć na pewno nie jest tak ekologiczny ;-)
     Dusić na małym gazie ok. 20 minut. Wprawdzie potrawa nie przypomina gołąbków, tylko zwykle mielone w sosie, ale smak i zapach ma nieco podobny. Sprawdza się nawet na domowych przyjęciach, polecam.
      Smacznego :-)



wtorek, 19 listopada 2013

Coś do kawki, czyli szarlotka Bożenki

     Niedawno obiecałam ten przepis moim sympatycznym gościom-szarlotkożercom. Macie i nieście w świat, bo naprawdę jest tego wart :-)


        Ciasto, za które można się sprzedać! Zwłaszcza, jeśli jest wykonane przez autorkę, czyli wspomnianą w tytule Bożenkę. Podejrzewam, że dodaje ona jakiś tajemny składnik, którego nie zamieściła w przepisie. Dlatego jeśli szczególnie zależy mi na efekcie, udaję się do niej z prośbą o wykonanie tego rarytasu.
       Już sam zapach można kroić, w dodatku działa on jak afrodyzjak i łagodzi obyczaje. 

Składniki:

  • 500 g mąki tortowej
  • 1 kostka masła (ostatecznie może być też margaryna, ale naprawdę ostatecznie)
  • 3 żółtka
  • 6 płaskich łyżek cukru
  • 1 porcja proszku do pieczenia
  • aromat waniliowy, rumowy lub śmietankowy
  • 1 łyżka oliwy lub oleju

  • 1,5 kg jabłek (obranych, pokrojonych na kawałki i zeszklonych na patelni z ok. 3 łyżkami cukru)
  • dla smakoszy: kwaśna śmietana do polania

     Z podanych składników wyrobić zwartą gomułę ciasta. Ja zwykle korzystam z usług malaksera lub maszyny do pieczenia chleba, bo nie znoszę tej roboty.  Ciasto podzielić na części w proporcji 1/3 do 2/3. Większą część rozwałkować na blaszce i podpiec. Wyjąć z piekarnika, ułożyć na niej uprażone jabłka. Jeśli macie takie w swojej spiżarni - połowa roboty z głowy. Niezłe i w dobrej cenie można kupić w Lidlu - trzeba wziąć dwa litrowe słoiki. Na jabłka dać mniejszą część ciasta uformowaną w kratkę lub startą na grubej tarce (wtedy warto ciasto potrzymać chwilę w zamrażalniku).
    Piec ok 40-50 min. w temperaturze 180 stopni. Po ostudzeniu można ciasto posmarować lukrem utartym ze szklanki cukru pudru, łyżki soku z cytryny, łyżeczki oleju i kilku kropli wrzątku.
      Porcja tej szarlotki polana gęstą kwaśną śmietaną to siódme niebo w gębie :-)

    Zaraz pewnie się odezwą obrońcy szczupłej talii: A fu, a be, kulinarna masakra, bój się Boga, kobieto!!! No cóż, manna zesłana Żydom na pustynię też nie była niskokaloryczna. A przecież Stwórca mógł ich uszczęśliwić brokułami... 

środa, 13 listopada 2013

Kapuściane kotleciki z sosem serowym



    Zainspirowana wegetariańskimi kotletami Olgi Smile przypomniałam sobie nasz domowy przepis na kotlety z kapusty. Czemu robię je tak rzadko? Przecież są naprawdę pyszne. Zaraz lecę po kapustę...

Składniki:
główka kapusty
2-3 jajka (zależy od wielkości kapusty)
drobno poszatkowana cebula zeszklona na oleju
sól, pieprz do smaku
tarta bułka, kasza manna
olej do smażenia

      W największym skrócie: robiliście kiedyś mielone? No to zamiast mięsa użyjcie kapusty sparzonej jak na gołąbki. Miękkie liście trzeba przepuścić przez maszynkę, odcisnąć nadmiar wody (np. na durszlaku), dodać cebulę, przyprawy, jajko i na koniec odrobinę tartej bułki lub kaszy manny, która wciągnie resztę wilgoci. Następnie formujemy niewielkie kotlety, obtaczamy je w tartej bułce, smażymy na oleju. Ot i cała filozofia. 
    Diabeł tkwi w szczegółach. Otóż im krócej parzymy kapustę, tym łatwiej ją zemleć i wyrobić kotlety, ale mogą one mieć wtedy za dużo goryczy. Z kolei z kapusty sparzonej "na miękko" kotlety będą pyszne, delikatne, ale trzeba się nieźle nawyginać, żeby się nie rozpadły w trakcie smażenia, no i konsystencja jest trochę nieciekawa, taka papkowata. Zatem drogą dedukcji i praktyki trzeba osiągnąć stan pośredni. Pocieszający jest fakt, że to naprawdę smaczne danie - zarówno na zimno, jak i na ciepło. A polane sosem serowym i posypane szczypiorkiem lub pietruszką to po prostu niebo w gębie! Ci, którzy jedzą potrawę pierwszy raz, zawsze pytają, z jakiego to mięsa :-)

   Oczywiście, można cudować w nieskończoność, dodawać do środka jakieś składniki typu pieczarki czy mięso,  ale, moim zdaniem, takie "gołe" kotlety są najlepsze. Zresztą im więcej składników, tym gorzej dla żołądka i podniebienia.

Sos serowy
   Z kopiastej łyżki masła i mąki robię złotą zasmażkę, którą następnie rozprowadzam na patelni mlekiem (mniej więcej 3/4 szklanki). Kiedy zawrze, wrzucam 2 duże serki topione najlepiej śmietankowe, czyli te bez żadnego konkretnego posmaku. Mieszam, aż wszystko osiągnie konsystencję gładkiego sosu. Przyprawiam solą i pieprzem, bo samo jest mało wyraziste. Ten sos nadaje się też do placków ziemniaczanych, smażonej cukinii oraz makaronu. Smacznego :-)

czwartek, 31 października 2013

Magia placków babuni



     Jaka magia tkwi w najzwyklejszych plackach z mąki i jajka, smażonych na oleju, posypanych cukrem albo polanych kwaśną śmietaną? Dlaczego wszystkie znane mi szkraby za nimi przepadają i nawet niejadki dają się na nie skusić?
    To chyba ma związek z najmilszymi wspomnieniami dzieciństwa przeniesionymi w genach na nasze potomstwo. Nie dostawaliśmy kiedyś na śniadanie nutelli, oreo, drożdżówek, rogalików z czekoladą ani innych tuczących frykasów. Słodycze były na deser lub w nagrodę i wydzielano je dzieciom z umiarem. Uwierzcie, nie tylko z powodu mizernej podaży. Tu dygresja: Nie opychaliśmy się też pizzą, frytkami i chipsami. Nie jedliśmy żywności obficie doprawionej glutaminianem sodu - o smaku "umami", od którego tak łatwo się uzależnić. Po prostu w domu codziennie czekał zwyczajny, choćby najskromniejszy, ale ciepły obiad. I jeszcze jedno: Wtedy za grubasa wśród rówieśników uchodził dzieciak z górnej granicy normy... Ale to temat na inną opowieść.
      W domu mojego dzieciństwa porannym standardem była zupa mleczna z lanymi kluseczkami lub tapioką znaną jako "żabie oczka" a kiedy dorosłam - jakieś kanapki i herbata z cytryną. Ale w niedzielę pojawiał się tzw. "grzybek", czyli pulchny placuszek posypany cukrem pudrem, taki rodzaj omletu, usmażony obowiązkowo przez babcię. Co to był za rarytas! 
      Dziś sama jestem babcią, smażę placki własnym wnukom i patrzę z uśmiechem na ich wypchane buzie i zatłuszczone paluchy. A do napisania tego artykułu skłonił mnie "przyszywany" 2,5 letni wnuczek, który na drugie śniadanie wciągnął właśnie porcję godną drwala!
       Znalazłam kolejny element, który łączy pokolenia...

        Każda babcia ma swój własny przepis na placki. Mój jest następujący:

    - 5 kopiastych łyżek mąki (najlepiej białej żytniej)
    - ok. 2/3 szklanki płynu (maślanki lub/i wody gazowanej)  
    - 1 jajko
    - łyżeczka cukru
    - szczypta soli
    - ewentualnie jabłko pokrojone w cienkie plasterki
    - olej rzepakowy do smażenia

       Mąkę najpierw rozprowadzam z płynem i przyprawami,  dopiero na końcu daję jajko, dzięki czemu mam mniej grudek do roztarcia. Ciasto powinno mieć konsystencję gęstej śmietany. Smażę do uzyskania bursztynowozłotego koloru. Placki są pyszne, słodkawe, ale o wyraźnym, lekko kwaskowatym posmaku, delikatne i mięciutkie. Polecam szczególnie mamom niejadków. Uwaga, tatusiowie też lubią :-)
Smacznego!

niedziela, 15 września 2013

Jesienne skarby mojej spiżarni


    Wbrew zasuszonym trollicom, które wyśmiewają kulinarne ciągoty bliźnich, chcę się Wam pochwalić zasobami mojej tegorocznej jesiennej spiżarni. Nie robiłam jabłek czy borówek, bo zostały mi jeszcze z zeszłego roku. Na przetworzone ogórki też nie mam ochoty, bo zauważyłam, że ostatnio nie zużywam ich zbyt dużo. Zdjęcia będę zamieszczać w kolejności ich robienia, bo np. żurek jeszcze się kisi, a dynia i papryka nie staniały na tyle, żeby je kupować w ilościach hurtowych. Szczegółowe przepisy zamieszczę wtedy, gdy poprosicie o nie w komentarzach. Zresztą tyle ich w Internecie, że ten blog należy potraktować raczej jako sugestię.

1) Grzyby suszone, marynowane i mrożone - nie używam ich zbyt dużo, ale lubię mieć na okoliczność :-) Szczególnie świąteczny bigos wymaga tego dodatku. A grzybki w occie utylizuje moja pierwsza synowa, która je uwielbia, więc muszą być, żeby nie wiem co.


2) Syrop malinowy i maliny mrożone. W tym roku maliny "chodziły" po 9 zł/kg, dlatego się opłacało. A kiedy przeczytałam, z czego się składa syrop malinowy osławionego "Hortexu", przestałam mieć jakiekolwiek wątpliwości. Przestudiujcie uważnie metki tych syropów po kilka złotych. Zgroza! A te ekologiczne, bez sztucznych dodatków, kosztują 17-30 zł za półlitrową butelkę. No to nieźle zaoszczędziłam. Kilka kilogramów malin zamroziłam, żeby w środku zimy poczuć zapach i smak lata.


3) Suszone pomidory w oleju wg przepisu Danci - to prawdziwy rarytas. Szybciej je zużywam niż wytwarzam. Szczerze polecam wielbicielom sałatek warzywnych. W zestawieniu z sałatą lodową, czosnkiem marynowanym i jakimś białkiem np. fetą albo wędzonym kurczakiem tworzą niepowtarzalną całość. Z odrzutów wychodzi dodatkowo sok/koncentrat na zupę. A wonny olej można wykorzystać do wszystkiego.



4) Pigwówka. Nawet trudno to nazwać nalewką, ponieważ wystarczy wytworzyć sok (surowy!)  i połączyć w dowolnych proporcjach z wódką lub spirytusem. Ja jestem zwolenniczką wersji hardcorowej, czyli 48-45%. To się pije "dla zdrowotności", bo zawartość witaminy C jest oszałamiająca, o czym świadczy kompletny brak kaca po niebacznym przedawkowaniu. A smak i zapach... 


5) Przecier z dyni i dynia w occie. Przecier niezbędny na wspaniałą zimową zupę z dodatkiem czosnku i imbiru. Rozgrzewającą, pożywną a jednocześnie lekkostrawną i przepyszną. A dynia marynowana jest naprawdę świetnym wizualnie i smakowo dodatkiem do mięsa. Zimą dyni ze świecą szukać, bo nie jest tak trwała jak kabaczek. Trzeba teraz wykorzystać fakt, że jest dostępna. Cenę większego okazu można negocjować. Ja kupiłam dwie 7-kilowe sztuki po 2 zł/kg, ale można trafić jeszcze taniej. Na przecier nadaje się też dynia pokrojona - to nam oszczędzi sporo pracy, bo obrobić samodzielnie okaz wielkości piłki lekarskiej to wyzwanie dla Pudziana. Jeszcze mnie ręka boli. Pozostaje kwestia pestek, które warto wysuszyć i uprażyć. Na surowo w większej ilości są toksyczne, niegdyś używano ich jako skuteczny środek na tasiemca!

6) Gruszki w syropie. Przysmak mojego dzieciństwa. Zamiast ciasta, do popołudniowej herbatki. Gruszki muszą być twarde, takie nie do ugryzienia. Najpierw robi się gęsty syrop z cukru (wody minimalnie!), potem praży w nim połówki gruszek, aż puszczą sok, zrobią się bursztynowe i lekko sflaczeją. Nie ma obawy, że się rozgotują. Do słoika warto wrzucić goździk dla zapachu. Mocna gorzka herbata i pachnąca gruszka polana złocistym syropem to zestaw skutecznie zwalczający listopadową depresję.  W tym roku zrobiłam wersję light (mniej cukru - taki zawiesisty kompot), no i oczywiście te właściwe.

7) Żurek. Wyprodukowany z nadmiaru zakwasu żytniego, na którym piekę chleb. Najpierw kiszę go w glinianym garnku a potem stoi sobie w chłodnym miejscu w butelkach i jest rozdawany jako prezent ulubionym gościom. Im dłużej stoi, tym mniej go potrzeba na tradycyjną zupę kuchni polskiej. 


8) Papryka Ireny. Kolorowa papryka wg przepisu niezapomnianej koleżanki. Delikatna, słodkawa, jędrna.   Na imprezach rozchwytywana w pierwszej kolejności. Jeśli jej nie zrobię, będę skończona towarzysko. Sekret tkwi w słodko-kwaśnej zalewie, bardziej slodkiej niż kwaśnej (proporcje: 1,5 l wody, 300 ml cukru, 2 łyżeczki soli, 2 ząbki czosnku) oraz dodatkach wkladanych bezpośrednio do słoika: pieprz ziarnisty, ziele angielskie, listek laurowy, gorczyca, łyżka oleju. Paprykę zalewa się gorącą zalewą i gotuje słoiki 10 minut.



9) Grzybek kefirowy zwany tybetańskim, bo tam podobno powstał. Wygląda jak pokruszony kalafior. Trzymam go w mleku pasteryzowanym albo w zamrażalniku. W ciągu kilkunastu godzin przerabia mleko na zdrowy, pozbawiony chemii kefir. Co dwa tygodnie podwaja swoją objętość, więc można się nim dzielić. A tu coś mądrego na temat grzybka.   I jeszcze zasady hodowli grzybka. Polecam :-)



środa, 10 lipca 2013

Wariacje na temat chleba z jagodami goji

      Chleb z jagodami goji polecam wszystkim pieczywożercom. Przy okazji donoszę, że pisownia tego rzeczownika przez ji to nie błąd ortograficzny wynikający z odmiany słowa goja. Nie ma słowa "goja"- jest nieodmienny wyraz "goji czyt. godżi". A wracając do chleba, to naprawdę smakołyk nie lada. Przepis można znaleźć na moim ulubionym blogu Danci. Piekłam go kilka razy i znikał w tempie błyskawicznym. A tak na marginesie: jak już się człowiek wdroży w domowe pieczenie chleba, to robi to po prostu od niechcenia. Wstawi wodę na herbatę i przy okazji sieknie jaki zaczyn na następny dzień. Ale jest jeden zasadniczy minus tego procederu - otóż pieczywo sklepowe wydaje się po prostu niejadalne...
      Dzisiejszy chleb powstał z powodu nadprodukcji zakwasu pszennego, który kiedyś doświadczalnie wykonałam. Dancia poradziła, żebym z nim zaszalała na bazie wspomnianego powyżej przepisu. Poszłam na całość i trochę zmieniłam proporcje, wychodząc z założenia, że zakwas pszenny jest słabszy od żytniego. Oceniłam to po bąblach, które są drobniejsze i mniej liczne. Ośmieliłam się też użyć różnych mąk, bo Dancia ostrzegała, że z samej pszennej może nie wyjść. No i zamiast goji dodałam ziarna. A oto efekt: chleb ma 8 cm wysokości, jest równiutki i nigdzie nie popękał. Pięknie pachnie, ma grubą skórkę i kwaskowato-słonecznikowy posmak. Pyszny!



Mój przepis jest następujący:

Zaczyn wstępny: wymieszać i odstawić pod przykryciem na 12 godzin (w te upały może być krócej); najlepiej przygotować go wieczorem
  • 100 g zakwasu pszennego z lodówki (dokarmionego trzy dni wcześniej)
  • 100 g mąki żytniej typ 720
  • 220 g wody

Zaczyn: wymieszać i odstawić pod przykryciem na 2-4 godziny 
  • cały zaczyn wstępny
  • 75 g mąki żytniej typ 720
  • 110 g wody
Ciasto właściwe: po wyrobieniu odstawić na pół godziny, potem wyłożyć na blaszkę do wyrośnięcia 
  • cały zaczyn
  • 660 g mąki pszennej pełnoziarnistej (typ okryty tajemnicą producenta)
  • 200 g mąki żytniej typ 720
  • 500 g wody
  • 25 g soli (rozmieszać w tej wodzie)
  • dużo sezamu i słonecznika (uprażone na patelni)
       Ciasto wyrabiałam mikserem cale 10 minut, bo moja mistrzyni powiedziała,że pszenna mąka potrzebuje dłuższego wyrabiania. Odpoczęło 30 minut i powędrowało na blaszkę wyłożoną nie liśćmi chrzanu, tylko pergaminem. Rozprowadziłam je po wszystkich kątach mokrą drewnianą łyżką.  Miało rosnąć trzy godziny, ale już po dwóch musiałam je wstawić do zimnego piekarnika, bo chciało wyjść z kuchni. Urosło jak durne, pewnie przez ten zakwas. Zdążyłam tylko posypać ziarnem i skropić wodą z cukrem (to fajny patent - gwarantuje, że chleb będzie miał piękną "opaleniznę"). Zatem pierwsze pół godziny spędziło, niezgodnie ze sztuką pieczenia,  w temperaturze rosnącej do 240 stopni i w dodatku z nawiewem. Potem zmniejszyłam temperaturę do 200 stopni, wyłączyłam nawiew, postawiłam blaszkę na dole, a górę chlebka  przykryłam folią, bo zaczął niebezpiecznie ciemnieć. W sumie piekłam równe 60 minut. Po upieczeniu wyłożyłam na kratkę i pokroiłam, kiedy tylko ostygł, bo już się kolejka ustawiła. A jest co dzielić, bo to spory bochen. Na zdjęciu widać tylko ćwiartkę. Mniam...


czwartek, 23 maja 2013

Piąta rocznica LEŚNEGO ZAKĄTKA




Z okazji piątej rocznicy bloga LEŚNY ZAKĄTEK składam jego sympatycznej Autorce najserdeczniejsze życzenia wszelkiej pomyślności i wznoszę toast szampanem. Sto lat!

Droga Danciu!

Nie mogę lepiej uczcić jubileuszu LEŚNEGO ZAKĄTKA, niż pokazując, do jakich kulinarnych wyczynów Twój blog zdołał mnie zainspirować. W ciągu miesiąca nauczyłam się od Ciebie więcej, niż od innych ludzi przez całe lata, a gotowanie znowu zaczęło sprawiać mi radość. A oto namacalne dowody:


Zaczęło się niewinnie. Według Twego przepisu na paschę zrobiłam przepyszny twaróg. Od tej pory powtarzam tę czynność cyklicznie, bo rodzina i znajomi nie mogą się go nachwalić. Podobny w smaku do serków typu włoskiego, jest delikatny i zupełnie pozbawiony kwasu. Czasem robię go bez jajek, ale z nimi jest żółty i bardziej zwarty. Jego największa zaleta to moja świadomość, że nie pływał w wielkiej kadzi razem z... pomińmy resztę milczeniem. Kiedyś zamierzam zrobić z tego twarogu ser koryciński - dodam do środka czarnuszki i wymoczę w solance.


Dzięki tobie zostałam domowym piekarzem. W mojej lodówce znalazł się zakwas żytni, który krok po kroku pomogłaś mi zrobić. Już jest na tyle mocny, że radzi sobie z różnymi rodzajami chleba. Obok niego zakwas na żurek, który ma zaledwie dwa dni, więc jeszcze trochę musi poczekać, żeby powstała pyszna, odżywcza, tradycyjna polska zupa. A ja już kupiłam mięso na białą kiełbasę :-) Odkąd w mojej ulubionej odkryłam całą tablicę Mendelejewa, postanowiłam zabawić się w masarza.


Kolejny Twój przepis, z którego skorzystałam, to deser jogurtowy. Nie wygląda tak pięknie jak ten z LEŚNEGO ZAKĄTKA, ale zapewniam, jest równie smaczny. Wciągnęliśmy go w jeden dzień, a konsumentów wcale nie było aż tak wielu.


A to mój pierwszy samodzielny chleb na zakwasie upieczony pod Twoim czujnym okiem. Sama wymyśliłaś przepis, żeby młodziutki tygodniowy zakwas dał sobie radę. Siedziałyśmy obie przyklejone do komputera, a Ty cierpliwie tłumaczyłaś mi tajniki pieczenia, odpowiadając obszernie na najbardziej debilne pytania, pełna troski o mój sukces. Czekałyśmy obie z niecierpliwością, żeby się przekonać, czy chleb, przyzwoicie wyglądający z zewnątrz, ma równie atrakcyjne wnętrze. Kiedy go pochwaliłaś,  poczułam się w siódmym niebie. Komplement od takiej mistrzyni!  Od kiedy poczułam zapach domowego chleba na zakwasie,  nie smakuje mi już żadne pieczywo ze sklepu.


Zachęcona sukcesem upiekłam kolejny chleb według Twego przepisu - tym razem żytni z tartym jabłkiem. Tak precyzyjnie określiłaś pożądaną gęstość ciasta, że do teraz nie mam żadnego problemu z dodawaniem do niego wody. Wiem, że muszę trzymać się ściśle jedynie ilości i rodzaju mąki oraz zakwasu. Nie muszę już zamrażać pieczywa, żeby było jadalne na drugi dzień. Ten chleb można jeść przez tydzień - nie sczerstwieje i nie będzie się kruszyć. Jest pyszny!


A to chleb orkiszowy, który eksperymentalnie upiekłam podczas Twojej nieobecności wg przepisu znalezionego w Internecie, bo na Twojej stronie takiego nie było. To mniejszy z dwu bochenków. Niestety, nie udało mi się uformować okrągłego, bo ciasto było ciągle za rzadkie, mimo dosypania mąki grubo ponad ilość z przepisu. Skorzystałam więc z foremek. Faktycznie, ostrzegałaś mnie, że nie wyrośnie za wysoko. Jest znacznie twardszy od twoich, ale na smaku mu nie zbywa. Nadaje się do krojenia w cienkie kromeczki , więc jako kanapka na przyjęcia jak znalazł. Sama siebie podziwiam za odwagę i samodzielność, lecz to poprzednie udane wypieki zachęciły mnie do tej próby.


Galaretka z nóżek to kolejna potrawa, którą wykonałam, korzystając z Twoich porad. Nóżki wymoczone w occie rzeczywiście są jasne, a galareta klarowna i bardzo smaczna. Wprawdzie w trosce o swoją zbyt zaokrągloną figurę nie będę nadużywać tego przepisu, ale "raz nie zawsze". Aż szkoda, że takie to pyszne... Z chrzanem lub cytrynką, jak kto woli.


I mój ostatni w kolejności chleb, tym razem żytnio-orkiszowy ze smażoną cebulką, pożarty na gorąco natychmiast po wyjęciu z piekarnika. Przeżyliśmy! Wymyśliłaś przepis specjalnie dla mnie, bo zamarzył mi się chleb smakowy. Chciało Ci się poświęcić czas obcej osobie, która właśnie złapała kuchennego bakcyla...

Zrobiłam również Twój fantastyczny omlet z dodatkiem czerstwego chleba, ale z przyczyn estetycznych nie zamieszczam fotografii. Może patelnia mnie zawiodła, bo nijak nie dał się przewrócić. Za to smak wspaniały, kolory przyciągają oko i wzmagają apetyt, a wykorzystanie starego chleba naprawdę godne pochwały.



Uff, zdążyłam!!! Zdjęcie sprzed chwili. Wczoraj przygotowałam mięso, a dziś rano zrobiłam białą kiełbasę. Mam 7 kg własnej, osobistej, bez żadnych konserwantów, much i innych tego typu dodatków. A właśnie zaczął się sezon grillowy.

Skoro ja tyle skorzystałam zaledwie w miesiąc, mogę sobie wyobrazić, jaki znaczący wpływ wywarłaś na życie innych ludzi przez pięć lat. Dziękuję, że jesteś :-) Dzięki Tobie można w tym zwariowanym świecie trochę zwolnić, by odnaleźć sens zwykłych prostych czynności. I przypomnieć sobie, że barszcz robi się z buraków, a nie z proszku...