Szukaj na tym blogu

wtorek, 11 lutego 2014

Pomyje ... w porcelanowej filiżance, czyli jak tu nie kochać Michała W.




 Obiektem niewybrednych kpin internetowej społeczności stała się ostatnio liryczna piosenka 'Filiżanka" wykonywana z charakterystyczną manierą przez wokalistę Michała W. To już nawet nie są kpiny - to jest zażarta nagonka. "Badziew o tym, jak kolo pije kawę, tragedia, dno, żenada, wiocha, obraza dla IQ przeciętnego człowieka...." - to tylko garstka określeń. 
   Obejrzałam teledysk, zapoznałam się ze słowami piosenki. Przyjemna dla ucha melodia, tekst prościutki, całkiem zgrabnie zrymowany, w metaforyczny sposób opowiadający o miłości. Ot, taki rzewny kawałek w sam raz na posuwisty taniec weselny. Ani to arcydzieło, ani "Majteczki w kropeczki", a już w porównaniu z wysoko notowanym hitem o  życiu, które "jest małą ściemniarą, francą, wróblicą, cwaniarą" - wznosi się na wyżyny poezji śpiewanej. Nic nadzwyczajnego w żadną stronę, więc o co ten szum? Wniosek nasuwa się sam: po prostu wszystko, czego tknie się "czerwony" (zresztą eks), z klucza musi być złe, kiczowate i w ogóle poniżej kanalizacji.  

   Ale jak tu za to właśnie nie kochać Michała? Przecież w tym naszym polskim piekiełku chłopina robi za narodowy miernik dobrego smaku. Możesz być niepiśmiennym jełopem durnym jak 100 kg gwoździ i w dodatku głuchym jak zmurszały pień, jednak wystarczy, że rzygniesz przy pierwszych dźwiękach jego głosu i natychmiast stajesz się pełnoprawnym członkiem elit intelektualnych. Jakie to proste! Jak podnosi ego przeciętnego Nowaka, który w życiu nie miał do czynienia z żadną inną formą poezji oprócz pierwszej zwrotki hymnu, a tu może uchodzić za znawcę, byle tylko mu się nie podobało. Jaka okazja do zaistnienia dla wszystkich celebrytów: Wojewódzkiego, Majewskiego, Korwin-Piotrowskiej albo choćby tak znanego krytyka muzycznego, jak superniania Dorota Zawadzka, która obwieściła światu na Twitterze swoje stanowcze "Nie, dziękuję przebojowi Wiśniewskiego!".

  Nawet sam prof. Bralczyk wziął udział w tej ogólnopolskiej dyskusji... o niczym. - Kto używa takich słów? Od razu wiemy, że nie może ich używać mężczyzna - stwierdził stanowczo, poproszony o analizę tekstu piosenki. Jak widać, gender nie odpuszcza. Niby płeć kulturowa  nie istnieje, ale przecież mężczyźni nie mają prawa do liryzmu pod żadną postacią... 

Piję kawę, jest cudownie,
pocałunków lekka pianka,
słodko pieści suche usta,
moja panna - filiżanka.

  Gdyby zaśpiewała to kobieta, wszyscy dostrzegliby umowność sytuacji i mielibyśmy zapewne zażartą dyskusję o wątkach lesbijskich utworu, a kwestia fetyszyzmu zeszłaby na plan dalszy. Swoją drogą bardziej "męski" tekst to niby jaki?  Może ten (mój autorski!) spełniłby wygórowane kryteria prof. Bralczyka?  

Wódkę chlam, jest zajebiście,
kac mnie dręczy od poranka ,
szorstko chłodzi suche wary
po musztardzie gruba szklanka. 

   Z pewnością nie każdemu odpowiada specyficzny rykośpiew artysty Michała W.  i nie dziwiłabym się powszechnej opinii, że jego wokal tak się nadaje do piosenek lirycznych jak krowi łańcuch na smycz dla ratlerka. Ale to okazało się sprawą drugorzędną. Wszyscy "eksperci" rzucili się natomiast na tekst piosenki, a podstawowym zarzutem uczynili niepodważalny, ich zdaniem, fakt, że... facet śpiewa do filiżanki!  I do tego z jakim przejęciem! Jak można tematem piosenki zrobić tak trywialną czynność jak picie kawy? A Wiśniewski się tym "jara" i na dodatek kocha się w kawałku porcelany!!! Powstały nawet liczne parodie tej piosenki, niektóre zwyczajnie chamskie. Najzabawniejsza, moim zdaniem, wykorzystująca niemal bliźniaczą kopię teledysku, zatytułowana  jest "Czajniczek".

  Autorem "Filiżanki" nie jest jednak jej wykonawca, Michał W., tylko utytułowany i doświadczony tekściarz i kompozytor, Igor Jaszczuk. Oczywiście, doświadczenie nie ma tu nic do rzeczy. Mickiewicz też nie ze wszystkich utworów mógłby być dumny. Jednak Jaszczuk z pewnością zna pojęcie metafory, a cały tekst jest właśnie metaforą, czyli nie należy rozumieć go dosłownie. Pod postacią uosobionej filiżanki kryje się przecież wyobrażenie kobiety, bez której życie podmiotu lirycznego nie miałoby sensu. Stąd te "motyle w brzuchu", których raczej nie poruszy zwykła kawa. Tak zinterpretuje ten tekst nawet średnio uzdolniony szóstoklasista wychowany na "Kalinie" Lenartowicza. Ale musi być obiektywny... I po prostu się nie czepiać, bo tekst to jedno, a wykonanie to drugie.

   Gdyby zaśpiewał to zespół "Pod Budą", Piasek albo Wodecki, ewentualnie któryś z tych młodych zdolnych zatrudnionych przy "Jaka to melodia", prawdopodobnie mielibyśmy przebój. Taki akurat na Eurowizję, typu "wszyscy śpiewają, sala się buja". Na nieszczęście, zrobił to Michał W.  I choć wykonywał w swoim życiu znacznie gorsze utwory, aż nie śmiem dopuścić do siebie myśli, że może ta piosenka wcale nie jest taka zła... Za to popularności nie można jej odmówić - prawie półtora miliona wejść na oficjalny teledysk. Co w tym kontekście znaczy zaledwie 16 tysięcy negatywów? Nienawiść nakręca ciekawość, a to przynosi największe profity. Płyta się źle sprzedaje, ale pewnie kasa z reklam coraz większa. To w ostatecznym rozrachunku kto wyszedł na swoje?

  Wróćmy do interpretacji. Poezja, również w swojej formie służebnej, czyli jako tekst do określonej melodii, często wykorzystuje zwyczajne przedmioty. Narzucają mi się przykłady zza wschodniej granicy: "Błękitna chusteczka", "Ręcznik", "Jarzębina" czy słynny "Dzwoneczek" (Kałakolczik). Sam wielki Okudżawa pisał o butach, baloniku czy katarynce (szarmance).  Mamy i polskie piosenki traktujące o różnych sprawach nie wprost, ale za pośrednictwem rozmaitych desygnatów: "Czerwony autobus", "Złoty pierścionek", "Rudy rydz", "Biedroneczki", "Dmuchawce, latawce", "Płonąca stodoła" itp. 

   Moja ulubiona to wykonywana przez Kajah "Tabakiera", będąca  przekładem utworu "Ausencia" Cesarii Evory. Cudny tekst, melodia, przekaz i wykonanie...

Hej, tabakiero, czas na sen, lecz nim odfrunę,
ty papierosa daj jak jego pocałunek.
Zaśnij i niczego na dzisiaj już nie żałuj,
masz znak na sobie jego inicjałów.

   A szanty? Choćby "Wysoki brzeg Dundee", gdzie kliper i dziewczyna są niepodzielną jednością. 

Hej, hej, jak długi rejs,
zbiega w dół i znów się wspina
na stromej fali grzbiet
ze szkockich gór dziewczyna. 

   Nie porównuję, oczywiście, wartości artystycznej wszystkich wymienionych tekstów, ale czy naprawdę tak trudno zrozumieć skróty myślowe i przestać szukać dziury w całym?

  Kończę na naprawdę wysokiej półce, fragmentem wiersza Gałczyńskiego "Wizyta". Facet opowiada swemu gościowi o... czajniku. Ani chybi się najarał ;-)

Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny,
rozejrzyj się dokładnie po wszystkim;
to jest czajnik - prawda jaki śmieszny?
z gwizdkiem.

  I jeszcze podpowiedź z komentarza - piękna piosenka ... też o czajniku:  Blaszany parowiec

wtorek, 7 stycznia 2014

Śpiewać każdy może...


      "Śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej..." - to hasło z przymrużeniem oka głosił kiedyś w popularnej piosence Jerzy Stuhr. Może, ale czy na pewno powinien? 
    W tym roku mija siedemdziesiąt lat od śmierci pewnej Amerykanki, Florence Foster Jenkins (1868-1944), która jeszcze za życia zyskała sławę jako najgorsza śpiewaczka świata. 
      Kobieta ta od dzieciństwa wzrastała w absolutnie bezzasadnym przekonaniu, że dobry Bóg obdarzył ją słuchem absolutnym oraz przecudnej barwy sopranem koloraturowym. Tak obficie wyposażona, czuła się wręcz w obowiązku uszczęśliwiać innych swoim talentem. Ale rodzice nie wyrazili zgody ani na naukę śpiewu, ani tym bardziej na występy. Cóż, z pewnością mieli rację. Jednak nie mogli żyć wiecznie, a kiedy odeszli z tego świata, zostawili jedynaczce znaczny majątek. Przeszkody zniknęły i nasza diva ochoczo rozpoczęła karierę sceniczną, dając publiczne recitale dla kilkusetosobowej widowni. Pierwszy z nich odbył się w 1912 roku, więc zadebiutowała późno, w wieku 44 lat, ale za to nie zaprzestała działalności scenicznej aż do śmierci. Śpiewała ponad trzydzieści lat, a publiczność... waliła drzwiami i oknami, żeby na własne uszy usłyszeć dźwięki, od których mogły rozboleć nawet sztuczne zęby. Bo nie da się ukryć, że arie wykonywane przez Florence najbardziej przypominały wycie kotów w rui. Kobieta nie potrafiła czysto zaśpiewać ani jednej nuty, a do tego bez przerwy gubiła rytm. Jej akompaniatorzy jeden po drugim uciekali z krzykiem, mimo tego, że byli nieźle opłacani. Swoje występy śpiewaczka wzbogacała też niebanalną choreografią, że o kostiumach nawet nie wspomnę, bo artystów w dziwacznych przebraniach i dzisiaj jest po kokardę. 
    Ukoronowaniem a jednocześnie zakończeniem (w miesiąc później umarła) kariery Florence Foster Jenkins był występ w jednej z najbardziej prestiżowych sal koncertowych świata - słynnej nowojorskiej Carnegie Hall. Doszło do niego na wyraźne życzenie rzeszy fanów, którzy nijak nie mogli się dopchać na recitale bardziej kameralne, w dodatku odbywające się zaledwie kilka razy w roku. Widownia Carnegie Hall liczyła 3000 miejsc, ale i tak okazała się za mała. Wszystkie bilety wyprzedano na wiele tygodni przed  występem, zabrakło ich dla blisko 2000 osób. 
    Dziś wymiernym śladem działalności pani Jenkins jest płyta z dziewięcioma ariami, która pozwala współczesnym podziwiać skalę głosu i głębię talentu artystki. Nagrała ją w wieku 73 lat. To się nazywa wola życia i działania!
     Po latach zapomnienia śpiewaczka odzyskała też należną popularność za sprawą sztuki Petera Quiltera "Boska!" (2005) opisującej ostatnie lata życia divy.

     Na czym polega fenomen najgorszej sopranistki świata? Skąd takie obłędne zainteresowanie totalnym beztalenciem? Czy jej fantastyczna popularność to tylko efekt ludzkiego okrucieństwa, naszej przemożnej chęci naigrawania się ze słabszych, głupszych, gorszych?   
     Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta ani jednoznaczna. Stosując dzisiejsze kryteria, niewątpliwie można Florence nazwać gwiazdą, i to bynajmniej nie jednego sezonu. Przez wiele lat przyciągała tysiące ludzi,  którzy kotłowali się w kolejkach i płacili za bilety, żeby tylko ją zobaczyć. Ale opinie o jej występach były zaskakująco różne. I w tym tkwi chyba istota zagadnienia.
      Florence Foster Jenkins miała dość pieniędzy, żeby robić to, co chciała. A chciała śpiewać. I mogła! Nie do lustra - dla innych. Wynajmowała kolejne sale koncertowe i zapraszała coraz to szersze grono znajomych. Mistrzyni marketingu. Współcześni menadżerowie mogliby się od niej uczyć. Do muzyki podchodziła z pasją, zaangażowaniem i taką ogromną radością, że zamykała usta nawet najsroższym krytykom. Podczas jej występu ludzie zwijali się ze śmiechu, tłukli głową w ściany,  a ona brała to za przejaw zachwytu i uwielbienia, bo na koniec otrzymywała huczne owacje i kosze kwiatów. Skąd niby miała wiedzieć, że jest inaczej? Skoro tylko nieliczni byli w stanie powiedzieć divie w oczy, że jej występy to żenada, mogła ich rzeczywiście uznać za pojedynczych zawistnych konkurentów.
      Nawet najbardziej zajadli recenzenci muzyczni mocno tonowali swoje pisemne opinie. Może litowali się nad starą kobietą i jej złudzeniami, może wzruszała ich determinacja i dziecięca nieporadność  w dążeniu do celu, może w głębi ducha szanowali jej ogromną nieodwzajemnioną miłość do sztuki. Faktem jest, że pisali bardzo oględnie:

"Pierwsza dama opadającej skali."
"Wszyscy mieli miły wieczór." 
"Madame Jenkins śpiewała, nie przejmując się intencjami kompozytorów."
"Tylko pani Jenkins do perfekcji opanowała sztukę upiększenia pieśni poprzez improwizowanie o ćwierć tonu poniżej lub powyżej oryginalnej melodii."
"(Madame Jenkins) cały czas zachowywała się jak śpiewaczka, która wykonuje swoje zadanie najlepiej, jak potrafi."
"Była niezmiernie szczęśliwa w tym, co robiła. Szkoda, że niewielu artystów czuje to samo."

    Dla ciekawskich - poniżej próba możliwości wokalnych madame Florence Foster Jenkins. To aria "Królowej Nocy" z opery Mozarta "Czarodziejski flet", będąca karkołomnym zadaniem nawet dla najlepszych śpiewaczek. Madame Jenkins lubiła jednakże trudne wyzwania...

Amatorska wersja madame Jenkins

A tu wykonanie profesjonalne - na przetkanie uszu...

I jeszcze coś naprawdę zabawnego :-)

     Niestety, występ w Carnegie Hall był wydarzeniem tak ważkim, że nie dało się już potraktować go z przymrużeniem oka. Posypały się miażdżące recenzje. Mówi się, że śpiewaczce pękło serce, bo wreszcie zrozumiała, że ludzie nie widzą w niej artystki tylko błazna. Ja jednak mam nadzieję, że umarła szczęśliwa, otoczona bliskimi, spełniona, w przekonaniu dobrze wypełnionej misji. Bo uważam, że śpiewać każdy nie tylko może, ale wręcz powinien, jeżeli tylko da mu to chociaż cień zadowolenia. Na pewno znajdzie swoich fanów. A inni nie muszą przecież słuchać...

wtorek, 24 grudnia 2013

Pracownicze Wigilie



         Jesteście już po pracowniczych Wigiliach? I jak samopoczucie? Katharsis czy żenada? Miło spędzone chwile z przyjaciółmi, czy przymusowy spęd niewolników łaskawie nam panującego pracodawcy?  
     W czasach komuny każdemu poborowemu zadawano standardowe pytanie: Czy oddal już pan honorowo krew?  Nie chodziło bynajmniej o dotychczasowe rany bitewne, ale o obowiązkowe oddanie 200 ml krwi dla potrzeb polskiej służby zdrowia. Akcja jak najbardziej chwalebna, tylko co ma do tego honor? Mus to mus...
        Dzisiaj podobnie jest z pracowniczą Wigilią. Po prostu trzeba ją zaliczyć, bo szef zauważy nieobecność i w najmniej oczekiwanym momencie może ten fakt wykorzystać. Jest pani niekoleżeńska, psuje atmosferę pracy, czyli premio żegnaj... Szczęśliwi posiadacze L-4! Reszta siedzi karnie za wigilijnym stołem i smętnie żuje zimne pierogi a choćby nawet i homara, nerwowo zerkając na zegarki i kombinując,  kiedy wypada się urwać. Jeszcze tylko "pan ksiądz" wygłosi przemówienie, biesiadnicy odśpiewają jedną zwrotkę "Dzisiaj w Betlejem", tłumek ustawi się z opłatkiem w kolejce do dyrekcji i już właściwie można się powoli ewakuować. Pierwsza dziesiątka opuszcza salę, za nią druga i następna. Przy pustym stole zostaje garstka zaproszonych emerytów. Co roku mniej, bo który gość drugi raz zaryzykuje takie potraktowanie przez gospodarzy? Samo życie.
        Jaki jest cel tych spotkań? Integracja?  Pudło. Nie da się połączyć na siłę kilkudziesięciu osób. Ci, którzy się polubią, sami znajdą do siebie drogę, z opłatkiem czy bez. To może święta TRADYCJA, którą należy kultywować za wszelką cenę? Miałoby to sens podczas szkolenia dzieci i młodzieży, ale dorosłych nie trzeba przecież uczyć świątecznych ceremoniałów. Więc to chyba po prostu odfajkowanie jakiejś odgórnej dyrektywy. Z naciskiem na słowo "odfajkowanie". Pracownicza Wigilia się odbyła. Uczestniczyło w niej 98% pracowników, wszyscy nieobecni mają zwolnienia lekarskie. Wysoka frekwencja świadczy o pełnej integracji zespołu. I można spać spokojnie, przynajmniej do czasu... 
       Niektóre bogate zakłady mają specjalne fundusze na takie imprezy, dlatego często odbywają się one w renomowanych lokalach. W tych biedniejszych pracownicy muszą dopłacić do interesu w żywej gotówce albo chociaż świątecznych wypiekach. Plus robocizna, naturalnie.
      Boże Narodzenie to święto rodzinne, nie pracownicze. Wieczerza wigilijna ma skupiać ludzi, których łączy coś zdecydowanie  więcej niż stosunki służbowe. Ale my, Polacy, kochamy spektakle i w dodatku nie boimy się skrajności. Boimy się za to swoich szefów. Jeszcze całkiem niedawno, też pod ich czujnym okiem, gromadnie maszerowaliśmy w pochodach pierwszomajowych. Potem nagle wykonaliśmy w prawo zwrot i dziś obowiązkowo śpiewamy kolędy i z dużym talentem udajemy, że się kochamy, wybaczamy sobie wszystkie krzywdy i święcie wierzymy, że od jutra będzie sam miód. Niektórym to nie przeszkadza, jednak wielu ludzi odczuwa spory dyskomfort z powodu sztuczności całej tej sytuacji. Zamiast wszechogarniającej miłości pojawia się zniecierpliwienie i złość. Za jakie grzechy musimy marnować swój wolny czas, siadając do wspólnego stołu z ludźmi, których tolerujemy jedynie dlatego, że są zatrudnieni w tym samym zakładzie? Łamanie się z nimi opłatkiem jest nie tylko pustym gestem, ale cuchnie obłudą na kilometr. Ktoś bardzo trafnie określił to jako profanację opłatka. Coś w tym jest...
     
      Skoro już jednak szefowie koniecznie chcą fundować rzeszom pracowników obchodzenie wigilijnej wieczerzy, czy nie lepiej byłoby zamienić tę kontrowersyjną tradycję na obchody Ostatniej Wieczerzy? Po pierwsze, nie kolidowałoby to z żadnym obrzędem o charakterze rodzinnym. A po drugie, trzecie i czwarte: też wieczerza, też przed świętami, też przy wspólnym stole, też można złożyć sobie życzenia, a i judaszowy pocałunek będzie tu całkiem na miejscu.

czwartek, 19 grudnia 2013

Filmowe Boże Narodzenie

     Boże Narodzenie to pora absolutnie usprawiedliwionego kiczu pod każdą postacią. Ma być miło, ciepło (przede wszystkim na duszy), wesoło. przyjaźnie, kolorowo, błyszcząco, dostatnio, bezpiecznie, wzruszająco, no i tradycyjnie... Dlatego właśnie dokładamy wszelkich starań, żeby taki stan osiągnąć: przygotowujemy pracochłonne potrawy, wybieramy prezenty, paćkamy szyby sztucznym śniegiem a szyszki brokatem, rozwieszamy światełka, nucimy kolędy i emanujemy powszechną miłością do świata, choćbyśmy mieli akurat atak kamicy nerkowej. W ogóle spędzamy ten czas na wzajemnym ładowaniu akumulatorów życzliwością i poczuciem bezpieczeństwa, bo musi to nam wystarczyć co najmniej do Wielkanocy. 
      I podtrzymaniu tej cieplarnianej atmosfery służą, między innymi, filmy o tematyce świątecznej. Jest ich niezliczona ilość, choć zwykły śmiertelnik z marszu może pewnie wymienić zaledwie kilka.

      Z ciekawości zajrzałam do świątecznego programu TV. Zaskoczenia nie ma. My, Polacy, wzorem inżyniera Mamonia z "Rejsu" lubimy to, co już znamy. A zatem w pierwszy i drugi dzień świąt odwiedzi nas Kevin. Podobno tylko ze względu na jego coroczną wizytę odwołano najbardziej oczekiwany spektakl w dziejach ludzkości, czyli Koniec Świata 2012. Gdybym nie wiedziała, co wyrosło z zabawnego dzieciaka, to może bym się nawet ucieszyła...


      Ale na szczęście  i innych gwiazdkowych produkcji nie zabraknie. Jak nie w TV, to w Internecie albo na płytach DVD dołączonych do popularnych tygodników. Micha orzechów na kolana, pilot do ręki, ach, żeby jeszcze śnieg i mróz!

    Mam swoje ukochane filmy świąteczne i niniejszym oznajmiam to z całkowitą powagą. Nie zamierzam ich oceniać pod względem artystycznym. One po prostu są, jakie są, i dokładnie takie właśnie mają być! Kilka nawet już obejrzałam, żeby się odpowiednio nastroić, a parę jeszcze przede mną. Oto niektóre z tych kojarzących mi się natychmiast z Bożym Narodzeniem.


      Numer jeden w proponowanym zestawieniu to polska komedia romantyczna "Listy do M." (2011) - trochę zabawna, trochę gorzka, trochę wzruszająca. Zawiera banalne przesłanie, że w Wigilię nikt nie powinien być sam, a cud miłości całkowicie zmienia optykę patrzenia na świat. Wisienką na torcie jest uroczy Maciej Stuhr jako samotny ojciec występujący czasem pod pseudonimem "Kostek Rosołow". 


     Kolejny polski film, którego akcja toczy się w okresie świątecznym, wyreżyserował przed laty sam Stanisław Bareja. Ta komedia pomyłek nosi nieco przewrotny tytuł "Niespotykanie spokojny człowiek" (1975). W roli tytułowej Janusz Kłosiński (młodych informuję, że to sierżant Czernousow z "Czterech pancernych"). Kultowa scena oprawiania choinki nieodmiennie bawi mnie do łez. Zresztą przyjrzyjcie się zdjęciu i wyciągnijcie wnioski. 


     To już piętnaście lat minęło od premiery pięknego polskiego serialu "Siedlisko" (1998) wg autorskiego scenariusza i w reż. Janusza Majewskiego. Ostatni odcinek (9) poświęcony jest właśnie rodzinnej Wigilii odbywającej się w Panistrudze niedaleko Ełku, w wiejskim domu odziedziczonym niespodziewanie przez malarkę, Mariannę Kalinowską. Nowa pani domu (w tej roli Anna Dymna) najchętniej przygarnęłaby do serca cały świat, ale póki co ogranicza się tylko do bliższych i dalszych krewnych oraz przyjaciół. Po obejrzeniu filmu niejednemu widzowi zamarzą się takie magiczne święta w zimowej scenerii Mazur. 


       Treść zabawnej amerykańskiej komedii "Święta last minute"(Christmas with the Kranks - 2004) zawiera się w jednym zdaniu złożonym: Przed silnie zakorzenioną świąteczną tradycją właściwie nie ma ucieczki, natomiast prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Film ten to luźna adaptacja powieści Johna Grishama "Ominąć święta", jednak wymowa obu dzieł jest skrajnie różna. O ile książka jest satyrą na komercjalizację Bożego Narodzenia, o tyle film wręcz przeciwnie - dowodzi, że to właśnie tradycyjna czerwona kamizelka, choinka, bałwanek, lampki na dachu i coroczne kolędowanie w gronie rodziny i życzliwych sąsiadów dają człowiekowi poczucie bezpieczeństwa i spełnienia.


     "12 wigilijnych wieczorów" (The twelve days of Christmas Eve - 2004) - to połączenie "Dnia świstaka" z "Opowieścią wigilijną". Bohater, zdolny, ambitny biznesmen, z powodzeniem prowadzący rodzinny interes, ulega wypadkowi i trafia w dziwne miejsce, gdzie zawieszony między życiem a śmiercią ma szansę dwanaście razy przeżyć od nowa swoją minioną Wigilię, aż zrozumie, co tak naprawdę liczy się w życiu i naprawi błędy. Idzie mu to jak krew z nosa, ale nastrój świąteczny aż kipi.


    "Opowieść wigilijna" (niektóre powojenne adaptacje opowiadania K. Dickensa to: 1970 - w roli Ebenezera Scrooge'a Albert Finney, 1984 - George C. Scott, 1992 - Michael Caine i Muppety, 1999 - Patrick Steward, 2009 - Jim Carrey) Każda wersja jest do przyjęcia, niezależnie od wierności tekstowi pierwowzoru. Przemiana zgorzkniałego skąpca Ebenezera Scrooge'a w hojnego dobrodzieja to jeden z niewątpliwych wigilijnych cudów. Bardzo mi też odpowiada przesłanie: Ciesz się każdą chwilą, bo nie wiesz, ile jeszcze ich przed tobą. Daj też radość innym, a pozostawisz po sobie dobre wspomnienie.


    "Przetrwać święta" (Surviving Christmas - 2004) - ciekawa fabularnie opowieść o człowieku, który zapłacił pewnej rodzinie za przygarnięcie go na czas Bożego Narodzenia w charakterze krewnego. W rolach głównych Ben Affleck, Christina Applegate, James Gandolfini i bajecznie kolorowa świąteczna sceneria. Czy da się kupić zapomniane dziecięce marzenia? Polecam ten film na święta, doskonale wpasowuje się w ich atmosferę.


     Warto wspomnieć jeszcze o ponad siedemdziesięcioletnim filmie "Gospoda świąteczna" (Holiday Inn - 1942), w którym gwiazda ówczesnej kinematografii, Bing Crosby, swoim głębokim głosem śpiewa jedną z najbardziej rozpoznawalnych w świecie piosenek świątecznych: White Christmas. Kliknijcie i posłuchajcie... Śniegu ciągle nie ma, więc może choć wyobraźnia go przywoła.



     I na koniec film o pewnym niepoprawnym marzycielu, który zawsze pielęgnuje wizję idealnej rodziny i za wszelką cenę stara się zrealizować swoje plany, choć życie ciągle podsuwa mu kłody pod nogi. Mowa o Clarku Griswoldzie (w tej roli Chevy Chase), bohatera serii komedii rodzinnych "W krzywym zwierciadle". Film "Witaj, święty Mikołaju" (National Lampoon's Christmas Vacation - 1989) opowiada właśnie o przygotowaniach do rodzinnych świąt, a oświetlony tysiącami lampek dom Griswoldów będzie się wam przypominał na widok każdej większej iluminacji świątecznej. Tu macie namacalny dowód :-)

     Z całej serii filmów świątecznych skierowanych specjalnie do dzieci chciałabym polecić zwłaszcza te dwa:



     "Grinch: świąt nie będzie"(How the Grinch stole Christmas - 2000) - to urocza bajeczka o malutkich mieszkańcach Ktosiowa, miasteczka położonego na płatku śniegu, którym brzydki zielony stwór chce uniemożliwić obchodzenie Bożego Narodzenia, kradnąc im wszystkie gwiazdkowe zakupy. Ale za sprawą małej dziewczynki święta i tak przychodzą, bo może jednak nie biorą się ze sklepu? Łatwo się domyślić, że dobro zwycięża zło, piękna roztapia lodowate serce bestii i wszystko kończy się pomyślnie. W roli Grincha - Jim Carrey, choć można go rozpoznać jedynie po charakterystycznej mimice.



       Ekspres polarny"(The Polar Express - 2004) - animacja pełna ciekawych zwrotów akcji, toczącej się głównie w pociągu pędzącym na Biegun Północny. Podróżuje nim grupa dzieci wybranych spośród innych do złożenia wizyty Świętemu Mikołajowi. Tylko jednemu szczęśliwcowi wręczy on osobiście wymarzony prezent gwiazdkowy. Ale główny bohater skończył 8 lat i nie wierzy już w Mikołaja. Czy ta podróż zmieni jego przekonania?

      Mogłabym tak bez końca wymieniać kolejne tytuły, bo przecież nakręcono świąteczne wersje prawie wszystkich popularnych animacji: Kaczora Donalda, Shreka, Madagaskaru, Kung-fu Pandy itp. A niezliczone filmy o Mikołaju i jego perypetiach z żoną, elfami czy amnezją? A filmy o reniferach: czerwononosym Rudolfie, Niko, Blizzardzie? No i wreszcie cała grupa filmów opartych na przekazach biblijnych, choć one są bardziej popularne w okresie wielkanocnym. Można by było nie odchodzić od ekranu przez okrągłą dobę...

       Ale jeszcze koniecznie trzeba znaleźć czas na popołudniowy spacer. Grudniowa przechadzka pięknie oświetlonym Traktem Królewskim, wizyta u Neptuna, może jakiś świąteczny koncert organowy, oglądanie szopek w licznych kościołach, karmienie ptaków i wdychanie jodu na nadmorskiej plaży - to akurat atrakcje trójmiejskie, do których serdecznie zachęcam.


WESOŁYCH ŚWIĄT!

I, jak śpiewa Bing Crosby:
"May your days be marry and bright,
and may all your Christmases be white"



piątek, 13 grudnia 2013

Drobiowy pasztet Alicji


Ten większy jest z kurczaka, ten mniejszy - z kaczki wzbogacony suszoną żurawiną.

       Nie jestem jakąś szczególną fanką pasztetów, ale ten jest po prostu wyjątkowy. Od lat się nim zajadam, w tym roku wydębiłam przepis od tytułowej Alicji (Z.) i postanowiłam zrealizować go osobiście. Nie bez znaczenia jest fakt, że pasztet ów, w odróżnieniu od klasycznych, jest bardzo mało kaloryczny, gdyż tłuszczu w nim tyle, co na lekarstwo. Dobrze przyprawiony smakuje wybornie. Naprawdę polecam! 

Składniki:

1 kurczak (ok. 2 kg)
2 duże marchewki
1 pietruszka
pół selera
2-3 ząbki czosnku
sól, pieprz

       Z podanych składników trzeba ugotować najzwyklejszy rosół, który potem można wykorzystać jako bazę do innej zupy. Niech pyrka na małym ogniu tak długo, żeby mięso samo odchodziło od kości. Odstawić w chłodne miejsce, żeby wystygł.
        Obrać zimnego kurczaka z mięsa (skórę wyrzucić) i zmielić je w maszynce razem z warzywami. 

1 cebula
0,5 kg wątróbki
olej

      W międzyczasie wątróbkę usmażyć na rumiano z cebulką (bez soli!). Wystudzić, przekręcić przez maszynkę. Dodać do zmielonego kurczaka.

3 czerstwe bułki

      Bułki namoczyć w ok. 2-3 szklankach zimnego rosołu. Nie wyciskać, bo pasztet będzie suchy! Tylko lekko otrząsnąć i takie ociekające wrzucić do masy kurczakowo-warzywno-wątróbkowej.

3 jajka
2 ząbki czosnku
przyprawy: sól, pieprz, majeranek, gałka muszkatołowa, imbir

      Na koniec dodać jajka, zmiażdżony czosnek oraz przyprawy. Masę dokładnie wyrobić mikserem lub ręką. 
     Wyłożyć na blaszkę lekko natłuszczoną i posypaną tartą bułką. W wersji hard można blachę wyłożyć plastrami boczku :-) Ja wszystko piekę przeważnie na tescowym papierze.
       Piec w nagrzanym piekarniku w temperaturze ok.180 stopni. Czas pieczenia: +/- 50 minut dla płytkiej blachy, ok. 60 minut dla keksówki. Kilka minut przed upływem czasu pieczenia sprawdzić patyczkiem. Jeśli nic się do niego nie przylepia, pasztet gotowy. 
       Pod żadnym pozorem nie próbujcie "na wszelki wypadek" trzymać pasztetu dłużej w piekarniku, bo się przesuszy i będzie niesmaczny.

      W wersji świątecznej można dodać orzechy, grzyby, śliwki, rodzynki, zabarwić szafranem albo kurkumą, zalać galaretą i w ogóle pobawić się wyglądem i smakami. Ale ja nie mam zamiaru niczego zmieniać...

środa, 11 grudnia 2013

Karp po żydowsku - wigilijny hit mojego domu


To przepis autorstwa mojej mamy, która przed laty zmodernizowała jakąś prastarą recepturę. Jeśli ktoś lubi orientalne połączenie słodyczy i ostrości - polecam. Wykonanie nie jest trudne, choć dość pracochłonne. Jednak przy odpowiedniej organizacji pracy wszystko nie powinno pochłonąć więcej czasu niż dwie godziny. Zatem - do dzieła!

Składniki:
1,5 karpia lub 2 duże płaty i jeden mniejszy
5 głów karpia (spod lady ;-)
2 średnie marchewki
1 pietruszka
1 duża cebula
1 bułka kajzerka
100 g  migdałów posiekanych  w słupki (bez skórki, naturalnie!)
100 g rodzynek sułtańskich
sól, dużo pieprzu
żelatyna spożywcza

1) Płaty karpia pozbawiamy ości oraz łusek.
2) Z łbów karpia, wyciętych ości oraz jarzyn i szczypty soli gotujemy wywar, około 0,75 -1,50 litra (zależy od wielkości karpia).
3) Jarzyny wyjmujemy z wywaru i siekamy w drobną kostkę. Dodajemy do nich rodzynki i migdały, można więcej niż w przepisie - co kto lubi. Niech wszystko stoi na boku i czeka na swoją kolej.
4) Wyjmujemy z wywaru łby karpia i wyłuskujemy z nich mięsko, a jest go całkiem sporo.  
5) Teraz robimy farsz. W maszynce do mięsa (albo w mikserze) mielimy najmniejszy surowy płat karpia pozbawiony skóry, gotowane mięso z łbów oraz namoczoną i odciśniętą bułkę. Całość dobrze mieszamy, solimy i pieprzymy do smaku. Nie żałujemy pieprzu. Farsz ma mieć konsystencję na tyle gęstą, żeby nie spływał z łyżki.
6) Na folii aluminiowej układamy jeden płat karpia skórą do dołu, lekko solimy. Nakładamy farsz i równomiernie go rozprowadzamy. Drugi płat lekko solimy i  kładziemy na farszu skórą do góry. Całość dokładnie owijamy w folię i gotujemy w lekko osolonej wodzie ok. pół godziny.
7) Podczas gdy karp się gotuje, przecedzamy wywar z p.2) przez gęste sito, dodajemy do niego żelatynę i podgrzewamy. Żelatyny może być mniej niż w przepisie na opakowaniu, bo część przecież uzyskaliśmy, gotując łby i ości. Następnie wsypujemy zawartość miseczki z p.3) Doprawiamy sporą szczyptą pieprzu i sprawdzamy, czy rodzynki dały wystarczającą słodycz. W razie potrzeby dodajemy trochę cukru. Smak ma być ewidentnie słodko-ostry ze słonym w tle. Obowiązkowo trzeba uruchomić własne kubki smakowe i spróbować, czy wywar jest odpowiednio esencjonalny, w przeciwnym wypadku nie będzie orientalnego efektu!!!
8) Ugotowanego karpia wyjmujemy z wody, studzimy, kroimy na plastry i układamy "artystycznie" na głębokim półmisku. Przy okazji pozbywamy się też przeoczonych wcześniej ości.
9) Gorący wywar wlewamy na półmisek, tak żeby całkiem pokrył plastry karpia. Widelcem delikatnie pomagamy warzywom, rodzynkom i migdałom zająć właściwą pozycję. Można je rozprowadzić równomiernie albo usypać malownicze pagórki. Z wierzchu ozdabiamy plasterkami cytryny i gotowanej marchwi. 
10) Odstawiamy półmisek na kilka godzin w chłodne miejsce do zastygnięcia galarety. Przed podaniem możemy ożywić potrawę, dekorując ją gałązkami świeżej natki pietruszki.

Smacznego :-)



poniedziałek, 9 grudnia 2013

Śledziki "w śmietniku" na Wigilię


Wigilijny zestaw 2013:
śledzie " w śmietniku" na pierwszym planie,
w środku śledzie z suszonymi pomidorami i czosnkiem,
a po prawej - z porami, kukurydzą i rodzynkami w sosie majonezowo-śmietanowym.

      Te śledzie to kolejna tradycyjna potrawa wigilijna w moim domu. Nie podam tu wagi i ilości składników, bo "śmietnika" musi być po prostu mniej więcej tyle, co śledzi, ale proporcje można zmieniać wedle własnych upodobań.

Składniki:

śledzie solone (Ja używam filetów z matiasów, muszą być jasne, grube i twarde. Oczywiście taniej jest kupić całe śledzie, ale roboty, smrodu i odpadów przy tym tyle, że wolę nieco przepłacić.)

"śmietnik", czyli pokrojone w kostkę (jak na sałatkę) poniższe produkty w dowolnych proporcjach:
cebula (u mnie stanowi mniej więcej połowę sałatki)
słodkie jabłko
ogórek konserwowy (niektórzy wolą kiszony)
grzybki marynowane
śliwki z octu lub kalifornijskie suszone/rodzynki sułtanki
(może być trochę kolorowej papryki dla ożywienia)

dużo czarnego grubo zmielonego pieprzu
olej rzepakowy (wyłącznie! - każdy inny zmienia smak potrawy!)

     Śledzie moczę przez ok. 2 godziny w sporej ilości wody z dodatkiem niewielkiej ilości octu - ot, tyle, żeby woda była lekko kwaskowata. Śledzie w oleju nie są wtedy takie mdłe, no i zapach mają lepszy. Następnie kroję filety w poprzek na paski ok. 2 cm szerokości. Układam je w naczyniu lub słoju warstwami: śledzie - sałatka z posiekanych składników wyżej wymienionych - warstewka pieprzu i tak do wyczerpania składników. Całość zalewam olejem, delikatnie dziobię patyczkiem do szaszłyków, żeby wszędzie dotarł, po czym lekko dociskam z góry. W chłodnym miejscu śledzie spokojnie wytrzymują ponad tydzień, więc też można zrobić wcześniej. 

Do śledzi podaję ziemniaki w mundurkach. Najpierw je obgotowuję przez ok. 10 min. a potem zapiekam w piekarniku do zrumienienia. Przekrojone wzbogacam łyżeczką masła, nie zważając na święte oburzenie różnych nawiedzonych kulinarnych ascetów, którym z tego miejsca życzę jak najwięcej wrażeń smakowych przy pieczywku "Wasa" i odtłuszczonym jogurcie.

Smacznego :-)