Szukaj na tym blogu

czwartek, 12 marca 2015

ROZDZIAŁ II: Przeprowadzka


       Martyna  zaciągnęła się kolejnym papierosem, w zadumie obserwując dorobek małżeński ładowany właśnie na pakę taksówki bagażowej. Tapczan, mała meblowa lodówka,  dwa składane krzesła,  wąski sosnowy regalik, trochę naczyń, mikser, młynek do kawy, przenośny telewizorek w białej plastikowej obudowie, dwa rowery: wyścigowy Maćka i jej zielona damka. Niewiele tego, ale nie inwestowali w żadne ruchomości, bo perspektywa własnego mieszkania w najbliższej dziesięciolatce była równie realna jak wakacje na Marsie, a wynajmowane pokoje z reguły już umeblowano. Teraz jednak będą musieli doposażyć swoje pierwsze samodzielne lokum, na które składał się ogromny pokój z wnęką oraz równie duża kuchnia i łazienka.  Lokal ten był podstawowym czynnikiem decydującym o podjęciu przez Martynę pracy w małej wiejskiej szkółce w Markowie.
       Nagle ogarnęło ja dziwne uczucie ulgi pomieszanej z satysfakcją i wszechogarniającym poczuciem bezpieczeństwa. Dotychczas ciągle miała podświadome wrażenie, jakby jej związek był doraźny, chwilowy i na tyle mało ważny, by nie zawracać sobie głowy gromadzeniem wspólnego dobra. Dwa lata mieszkania w akademiku,  następne dwa lata kątem u rodziny i wreszcie kolejne w wynajętych kwaterach sprawiły, że ich małżeństwo, mimo iż uwieńczone kilkuletnim już potomkiem płci męskiej, nadal przypominało raczej zabawę w rodzinę albo, co gorsza, próbę generalną przed czymś poważniejszym. Rodzice obojga małżonków z niewiadomych przyczyn zgodnie podtrzymywali ten stan, twardo stojąc na stanowisku, że w takich warunkach dziecka wychowywać się nie da. W efekcie Pawełek, dla własnego dobra, jak orzekło familijne konsylium,  cały tydzień  spędzał u babci, z matką i ojcem spotykając się jedynie w weekendy.
        Teraz kończy się  prowizorka, a zaczyna prawdziwe życie. Będą się urządzać, gotować, piec niedzielne ciasta, przyjmować gości, posyłać dziecko do szkoły. Nie wiadomo dlaczego Martynę najbardziej ucieszyła perspektywa kupowania firanek i robienia przetworów na zimę.  Nie mogła się tego doczekać.
       Pan Janek na zakończenie znajomości dał jeszcze popis swojej wysokiej kultury, podejrzliwie patrząc im na ręce i ostentacyjnie oglądając każdy przedmiot wynoszony z domu. Prawdopodobnie uznał, iż tylko wzmożona czujność może go uchronić od  konsekwencji pomyłki związanej z wynajęciem pokoju ladacznicy i jej sutenerowi.
       Podróż z Gdańska do  Markowa trwała niespełna godzinę. Za oknem przesuwały się kolejne sielankowe widoczki: kępy brzózek nad strumieniem, krowy na pastwisku, połyskujące srebrem jezioro w Osowej, osiedle słodkich białych domków o malinowych dachach,  ciemnozielona plama lasu na horyzoncie.
        Dwa tygodnie temu odwiedzili to miejsce po raz pierwszy, nazajutrz po tym, jak Martyna wpadła do kuratorium, informując wszystkich napotkanych urzędników, że właśnie oto postanowiła oddać swój talent pedagogiczny na usługi kaszubskiej oświaty,  pod warunkiem jednakże, że szkoła, którą zaszczyci, będzie się mieścić we wsi malowniczej, bogatej, najlepiej uzdrowiskowej, położonej nad jeziorem w środku puszczy, ale nie dalej niż 15 km od Gdańska. Uprzejmy inspektor zapoznał ją z ofertami pracy, z których zaledwie dwie  nadawały się do rozpatrzenia, bo zawierały  propozycję mieszkania służbowego. Markowo leżało najbliżej głównej trasy komunikacyjnej łączącej Gdańsk z Wejherowem.
       Wybrali się w drogę przed południem, żeby dać sobie czas na dokładną wizję lokalną. Ze względu na roboty drogowe, blisko sześć kilometrów musieli pokonać pieszo, bo autobus dojeżdżał tylko do sąsiedniej wsi. Maciek i wypożyczony na tę okoliczność od babci Paweł, urodzeni piechurzy obuci w adidasy, urządzali wyścigi po szosie, nie wykazując najmniejszych objawów zmęczenia. Martyna, umówiona telefonicznie na rozmowę z dyrektorem szkoły i ubrana tak, jak w jej pojęciu winna wyglądać wiejska nauczycielka, kuśtykała za nimi, niecierpliwie wypatrując pierwszych zabudowań. Sześć kilometrów to koszmarnie daleko, jeśli pokonuje się je w wąskiej spódnicy i wysokich, chybotliwych szpilkach odpowiednich na gładkie posadzki, a nie szorstką, pożłobioną asfaltową nawierzchnię.
       Na progu szkoły, którą znaleźli bez trudu, bowiem sąsiadowała przez mur z kościołem, przywitał ich starszy facet w drelichowym kombinezonie i klasycznym berecie z antenką – ani chybi woźny albo palacz.
– Jurek! – szarmancko cmoknął w rękę Martynę i wyciągnął niezbyt czystą prawicę do jej towarzysza.
– Martyna, Maciek, a to Pawełek, nasz syn – odwzajemnili z rozpędu prezentację zdziwieni bezpośredniością personelu niższego. – Andrzejewscy – sprecyzował po krótkim namyśle Maciej, dając tym samym delikatnie do zrozumienia, że bratał się nie będzie. – My do dyrektora w sprawie pracy.
–  Chodźcie za mną – powiedział tajemniczy Jurek i poprowadził ich dookoła budynku, obok boiska, na którym grała w piłkę garstka dzieci, na obszerny słoneczny taras a stamtąd do holu. Gdy otwierał kluczem drzwi z napisem „Dyrektor”, Martynie przyszło do głowy, że oto rozzuchwalony nadmierną samodzielnością woźny pod nieobecność szefa zamierza samodzielnie podjąć interesantów w jego gabinecie. Niewykluczone, że za chwilę wyjmie zza segregatorów reprezentacyjny koniaczek, żeby zaproponować im brudzia.
       Tymczasem domniemany woźny usiadł za biurkiem, okrągłym gestem wskazał im dwa nieco zapadnięte fotele i rzekł:
– Słucham.
– Ja umówiłam się z dyrektorem szkoły. Chciałam tu podjąć pracę nauczycielki języka polskiego – zaczęła Martyna, ale zaraz zamilkła, postanawiając nie rozmawiać o sprawach służbowych z nikim poniżej sekretarki.  Poznany przed chwilą Jurek na sekretarkę zdecydowanie  nie wyglądał.
– Słucham – powtórzył cierpliwie facet w berecie – ja jestem dyrektorem.
       Aha, no tak. Widocznie w tym nieznanym świecie nie przywiązuje się specjalnej wagi do zewnętrznej powłoki, skupiając się raczej na zaletach wewnętrznych. Gdyby wiedziała o tym wcześniej,  niewygodne szpilki spokojnie czekałyby w szafie na kolejnego sylwestra, zamiast produkować bolesne odciski na jej udręczonych stopach.
       Niewzruszony Jurek-dyrektor dokładnie i z uwagą przejrzał pospiesznie podsunięte mu dokumenty, zadał parę pytań kontrolnych i stwierdził w końcu, że jest skłonny zatrudnić Martynę jako polonistkę od nowego roku szkolnego. Przeprowadzić się mogą już na początku przyszłego miesiąca.  Potem nastąpiło zwiedzanie pomieszczeń szkoły na parterze, a także prezentacja położonego piętro wyżej mieszkania i przynależnego jego lokatorom kawałka szkolnego ogródka.
       Taki drobiazg jak brak kanalizacji i ciemnoturkusowe ściany nie spędziły im snu z powiek. Maciek zauroczył się przede wszystkim metrażem – pokój miał chyba z trzydzieści metrów powierzchni, a kuchnia i łazienka drugie tyle, co po klitkach gdańskich bloków dawało nieograniczone możliwości aranżacyjne.  Jego żona podeszła do okna i oniemiała na widok bogactwa przyrody pchającej się nachalnie prawie pod pierwsze piętro. Między koronami ogromnej starej lipy i rozłożystego orzecha włoskiego rosnących najbliżej budynku splatały się gałęzie licznych drzew owocowych. Nad nimi wypukłe jak bochenki chleba pagórki, pokratkowane polami o różnych odcieniach zieleni i żółci, podpierały czyste, niewiarygodnie błękitne niebo.
       Kiedy Martyna zeszła do sadu i spod liściastego parasola czereśni spojrzała na trzy okna swego służbowego mieszkania, poczuła, że nie chce już szukać niczego innego, że właśnie to miejsce może być domem dla niej i dla jej rodziny.

ROZDZIAŁ I: Na kwaterze


        Decyzję podjęli błyskawicznie, choć już od kilku tygodni kiełkowała ona w ich umysłach. Mieszkanie w wynajętym pokoju miało swoje wady i zalety, ale ostatnio te wady zaczęły mocno doskwierać. Dopóki czuli się bezpiecznie na wydzierżawionych dziewięciu metrach kwadratowych, nie chciało im się zmieniać sytuacji. Częste wizyty gospodarza też jakoś nie przeszkadzały, zważywszy na niewygórowaną cenę lokalu. Jednak wczorajszy wieczór przepełnił miarę.
       Właściciel mieszkania, niejaki pan Janek, był  rencistą. Prowadził nieco rozwiązły tryb życia, w dni wolne od imprez umilając sobie czas wyszywaniem makatek i degustowaniem wszelkiej maści alkoholi: od klasycznego bełta po pięciogwiazdkowy koniak, zdobytych w sposób bardziej lub mniej legalny. Martyna zorientowała się pierwsza, kiedy sama raz spróbowała zalać robaka czystą z własnego barku i ku bolesnemu zdumieniu skonstatowała, że ma ona moc około 3%. Wkrótce dostrzegła też znaczny ubytek w wodzie kolońskiej Maćka stojącej w ogólnodostępnej łazience. Zbystrzała, poobserwowała, wyciągnęła wnioski i podzieliła się spostrzeżeniami z mężem, który jednak sprawę chwilowo zbagatelizował, choć obiecał rozejrzeć się za nowym lokum.
      Tymczasem pan Janek miał coraz większe trudności z ukryciem nałogu.  Co gorsza, pewnie pod jego wpływem, ubzdurał sobie, że Martyna gwałtownie potrzebuje uatrakcyjnienia życia intymnego, a właśnie on do roli kochanka nadaje jak mało kto. Rozpoczął więc adorację, znacznie ułatwioną przez częstą nieobecność w domu Maćka, pracującego w systemie trzyzmianowym. A to kawę rano nieproszony zaparzył, a to papierosem amerykańskim poczęstował, a to na telewizję zaprosił, a to w rączkę szarmancko cmoknął; nie omieszkał przy tym za każdym razem podkreślić fizycznych walorów lokatorki. Nieco zaniedbywana przez męża Martyna przyjmowała te hołdy nie bez skrywanej głęboko satysfakcji, choć z głębokim zażenowaniem.  Renta pana Janka nijak się miała do jego możliwości fizycznych i była ewidentnie załatwiona za łapówkę, a on sam prezentował typ latynoskiego macho i mógł się ewentualnie podobać, o ile komuś nie przeszkadzał fakt, że wody kolońskiej używa w sposób nietypowy.
       Wczoraj jednak od słów przeszedł do czynów, otwierając dwudziestogroszówką zamek w łazience, gdy Martyna stała goła (jakżeby inaczej?) pod prysznicem. Foliowa zasłonka błyskawicznie zerwana z drążka zapobiegła wprawdzie najgorszemu, gdyż okryła po uszy szczegóły potencjalnie wzmagające pożądanie, ukazując jedynie wściekłe i nieco ogłupiałe oblicze malowniczo oklejone mokrymi strąkami włosów.
- Gdzie!!! Nie widzi pan, że zajęte!!! – rozległ się ryk tak potężny, że sama fala uderzeniowa wymiotła niefortunnego podrywacza do przedpokoju. Szeleszcząc zaimprowizowanym przyodziewkiem Martyna przeleciała jak tornado obok pana Janka, przewracając na ziemię kaszubski siwak z suchą trzciną, stanowiący od niepamiętnych czasów oryginalną ozdobę wnętrza. Po zamknięciu drzwi pokoju podsunęła do nich kanapę, usiadła na niej i dopiero teraz zaczęła rozpatrywać swoją sytuację. Maciek wracał z pracy najwcześniej za jakieś cztery godziny, chociaż to i tak nieźle, bo według wiszącego na szafce grafiku normalnie wypadałaby mu nocka. Jak na złość właśnie zachciało się jej siusiu, i to jak! Teoretycznie nic nie powinno się stać, żaden normalny facet w takich okolicznościach nie powinien ryzykować, ale pan Janek normalny nie był. Uświadomiła sobie, że przebiegając obok niego, poczuła wyraźny odór wczorajszego piwa zmieszanego z niedawno wypitą wódką. Zdobyta w ciągu własnego stażu małżeńskiego wiedza, że chłop po pijaku niewiele może, jakoś jej nie uspokoiła. Jednak najgorsza z tego wszystkiego była cicha, prawie nieuświadomiona pewność, że ona osobiście jakoś sprowokowała całe to zajście, a Maciek, kiedy się o tym dowie, w pierwszym odruchu zapewne się oburzy, ale potem zacznie analizować fakty i z właściwą sobie bezwzględnością rąbnie jej prawdę między oczy, a w dodatku będzie to robił przy każdej nadarzającej się okazji. Impas całkowity!
    Jak deus ex machina pojawił się znienacka Artur, serdeczny kumpel Maćka jeszcze ze szkoły podstawowej. Przyjechał z Wrocławia w interesach i wpadł umówić się na wieczorne spotkanie, bo nie widzieli się chyba z pół roku. Martyna, słysząc w przedpokoju jego głos, szybko odsunęła kanapę, upchnęła pod nią prysznicową folię, na gołe ciało narzuciła długi ażurowy blezer, który akurat wpadł jej w rękę i ukazała się obecnym, na  wypadek gdyby gospodarz chciał zełgać, że jej nie ma. Wprowadziwszy Artura do pokoju, w tymże blezerze poleciała do kuchni wstawić wodę, potem zaliczyła upragnione wc, wpadła do łazienki umyć ręce, w kuchni zaparzyła kawę, wróciła do pokoju po tacę, ustawiła na niej kubki i zaniosła do pokoju, zobaczyła, że Artur przyniósł wino, cofnęła się do kuchni po korkociąg i dzierżąc go dumnie w dłoni, zamknęła wreszcie drzwi. Przez cały ten czas pan Janek, stał na środku przedpokoju, rzec by można, jak posąg, gdyby mu głowa nie latała to w jedną, to w drugą stronę. Dopiero kiedy Martyna usiadła na kanapie i zerknęła na swój strój, skonstatowała, że nadaje się on raczej do sytuacji mocno intymnych, ale nie wykazała najmniejszego zażenowania. Z Arturem nie było żadnej sprawy. Poznała go siedem lat temu na własnym ślubie, gdzie pełnił zaszczytną funkcję świadka pana młodego. Od pierwszego wejrzenia pokochali się jak rodzeństwo i pewnie właśnie dlatego przez te wszystkie lata miłosna chemia ani razu się nie uaktywniła. „Brat” zwierzał się „siostrze” ze wszystkich swoich sercowych podbojów, opisywał sukcesy i porażki, zasięgał porad typu: co czuje dziewczyna, kiedy… Najbardziej nieśmiała próba potraktowania go jako samca na kilometr cuchnęła kazirodztwem.  Nie przejmując się więc faktem, że blezer więcej odkrywał niż zasłaniał, Martyna przeprosiła za negliż, kazała się odwrócić i wskoczyła w dżinsy oraz ulubiony bawełniany golf. Wyciągnęła z pokojowej mikrolodóweczki puszkę szynki, groszek i majonez, połamała na kawałki bagietkę, nalała wina do kieliszków i zatopili się w rozmowie:
-  Wiesz – obwieścił nagle Artur – żenię się.
-  Z kim? – zdumiała się Martyna. – Przecież ostatnią narzeczoną znasz zaledwie od miesiąca? Teresa, o ile dobrze pamiętam? Bibliotekarka czy w antykwariacie pracuje? Nie, nie, poczekaj, nie mów, wiem, księgarnię prowadzi!
- Ty to masz pamięć jak glonojad – skrzywił się Artur. – Teresa była lektorką angielskiego, ale pół roku temu wyjechała na praktyki do Londynu i nie wróci, bo się załapała jako fotomodelka. Bibliotekarka to Basia, ona była przed Teresą, ale po Zosi archiwistce. Też fajna dziewczyna, ale Basi nie znosiła, więc ze mną zerwała.
-  Czekaj, bo się kompletnie pogubiłam. Niedawno była jeszcze jakaś Aneta czy Anita…
-  I Aneta, i Anita.
-  Ania, Alina, Aldona?
-  Nie, to już przebrzmiałe historie. Ania wyszła za mąż i ma bliźnięta, a Alina i Aldona bardzo się polubiły i zamieszkały razem. Są ze sobą już dobrze ponad cztery miesiące.
-  Aha, no tak… – niepospolita tolerancja i spokój wewnętrzny Artura zawsze wprowadzały Martynę w podziw. Pociągnęła łyk wina, żeby stłumić cisnące się na usta pytania, które niewątpliwie zdarłyby z niej cienką warstwę światowej ogłady, bezlitośnie demaskując prawdziwą naturę ciemnego, zacofanego chomąta. Ale przyjaciel wziął jej chwilową małomówność za objaw znudzenia tematem.
- Ciebie chyba nie interesują moje sprawy – zaatakował znienacka. – Gdybyś choć raz mnie uważnie wysłuchała, na pewno wiedziałabyś, o kogo chodzi! No skup się, kobieto!
       Wprawdzie życie uczuciowe Artura w ogólnych zarysach przypominało kalejdoskop i tylko on jeden jakimś cudem był w stanie połapać się w jego zawiłościach, niewykluczone jednak, że podobnie jak biuro matrymonialne prowadził ścisłą statystykę związków, co tydzień wkuwając na pamięć nowe dane. Aż takie poświęcenie dla przyjaciół nie leżało w naturze Martyny, ale przyjazd Artura dziś ucieszył ją szczególnie, więc zrobiła przepraszającą minę i zastygła w oczekiwaniu na rewelację, którejż to białogłowie udało się usidlić wrocławskiego Don Juana. Kiedy przelatywała w myślach całą litanię do wszystkich świętych, nagle rozległ się dziki wrzask, huk i głośny brzęk rozbijanego w hurtowych ilościach szkła.
- O matko, co to? – skoczyli oboje na równe nogi, patrząc na siebie z przestrachem. Martyna pierwsza wypadła do przedpokoju i jej zdumionym oczom ukazał się widok tyleż zaskakujący, co niepokojący. W drzwiach do salonu pana Janka ziała ogromna dziura, albowiem pozbawiono je standardowej rżniętej szyby, która rozmieniona na drobne poniewierała się po całym mieszkaniu. Gospodarz we wzniesionej do góry prawicy dzierżył pustą butelkę po szampanie, którą to butelką prawdopodobnie dokonał był właśnie aktu wandalizmu. Stał okrakiem w otworze drzwiowym, a na twarzy malował mu się wyraz takiej furii, że Martyna zatrzymała się w miejscu, a pędzący za nią Artur wylądował na jej plecach.
- Co się stało? – pytaniu towarzyszyło płochliwe spojrzenie rzucane na boki, gdyż groźna postawa gospodarza sugerowała, że oto do mieszkania, prawdopodobnie prosto z pokładu helikoptera (IV piętro) wdarł się niebezpieczny bandyta i usiłował niepostrzeżenie przemknąć się przez salon, być może w celu wyniesienia z łazienki zakupionej zaledwie w zeszłym miesiącu pralki automatycznej. Jego wysiłki zniweczyła jednak czujność pana domu, który w obronie mienia wyższej wartości nie zawahał się poświęcić dóbr mniej cennych.
- Nikt mi nie będzie z domu burdelu robić!!! – obwieścił gromko pan Janek. Wyobraźnia Martyny znowu zaiskrzyła i bandzior powoli zaczął zmieniać kształty. Jego łysa, pocięta bliznami głowa z wąsatym obliczem przez ułamek sekundy wieńczyła korpus hożej dziewoi o na pół obnażonym obfitym biuście, ale wkrótce zamieniła się w kudłaty tleniony łeb wypacykowanej ponad wszelką miarę blondynki o wielkich jaskrawoczerwonych ustach ułożonych w zachęcający ryjek.
-  Uczciwemu, porządnemu małżeństwu wynajmowałem! – sprecyzował powód oburzenia pan Janek. – Nie będzie mi taka goła lafirynda gachów przyjmowała pod nieobecność małżonka! Tfu!! To jest porządny dom, nie jakiś zamtuz!
       Obecność ostatniego wyrazu lekko zdziwiła Martynę, nie sądziła bowiem, że wchodzi on w zasób czynnego słownictwa pana Janka. Jednak narastająca fala oburzenia zalała ją tak skutecznie, że zdołała tylko wykrztusić prozaiczne: – Jak pan śmie! – i wycofała się do pokoju, ciągnąc za sobą ogłupiałego kolegę. Przez dłuższy czas oboje, każdy na swój sposób, trawili zajście, nie odzywając się do siebie. Pierwszy zaryzykował Artur:
-  Co tu jest grane? – spytał cicho. – O czym ten facet mówił? Burdel, klienci. Czy ja coś przegapiłem?
-  Zamknij się, idioto! – warknęła. – Nie widzisz, że to świr? Alkoholik pieprzony, od rana pociąga, co mu w rękę wpadnie, ale delirki jeszcze do tej pory nie miał. No teraz to ja za chińskiego boga sama tu na noc nie zostanę. Nie ma mowy!
       Sytuacja rozwiązała się niejako sama. Maciek, wróciwszy z pracy, wysłuchał relacji nad wyraz spokojnie i bez komentarza, chociaż parę razy obrzucił dziwnym spojrzeniem przyjaciela. Ciche obawy Martyny, że oto wzburzony małżonek niewątpliwie poleci dać w mordę człowiekowi, który obraził jego połowicę, i odniesie poważne obrażenia wskutek drastycznej różnicy wagi, a w końcu i tak wyląduje w więzieniu za czynną napaść na inwalidę, znikły bezpowrotnie w ciągu paru minut. Maciek był rozsądny do granic człowieczeństwa i sprowokowanie go do czynów zakazanych nie udało się nawet kumplom w przedszkolu. Zażądał kolacji, którą spożył w milczeniu, zastanawiając się nad czymś głęboko. Po dopiciu ostatniego łyka herbaty wstał i powiedział krótko:
-   Musimy zmienić lokal. Co myślisz o przeprowadzeniu się pod Gdańsk? Gdybyś rozejrzała się za pracą w jakiejś wiejskiej szkółce, mieszkanie mielibyśmy za darmo.
-    Na wieś? – skrzywiła się niechętnie. – Czemu akurat na wieś? Może jednak spróbujmy poszukać w innej dzielnicy albo na obrzeżach. Jak będziesz dojeżdżał do pracy?
-   Przestań, przecież  mamy 1983 rok, wieś już od dawna jest zelektryfikowana, skanalizowana, no i nie tylko wołami można się tam dostać, ostatecznie chyba jakieś autobusy kursują, może nawet codziennie. Nie proponuję ci wyprawy w dzikie Bieszczady tylko zamieszkanie kilkanaście kilometrów od Gdańska. Poza tym tak taniego mieszkania jak to nigdzie w mieście nie znajdziemy, a na droższe nas nie stać, bo mam pewne plany.
       Martyna nie traciła czasu na dopytywanie się, jakie to plany ma jej małżonek. Nauczyła się, że Maciek prędzej by własny język połknął, niż pochwalił się czymś, co nie jest jeszcze zapięte na ostatni guzik. Taką już miał naturę, a ona nie widziała specjalnego powodu, żeby z tym walczyć. To, że również żony nie brał pod uwagę na etapie planowania wspólnej skądinąd przyszłości, było sprawą drugorzędną. Nie, no oczywiście, że na początku się buntowała, ale po pewnym czasie poczuła się po prostu zwolniona z podejmowania ważnych życiowych decyzji, a że jeszcze te Maćkowe były zawsze trafione w dziesiątkę, więc w zasadzie nie miała powodu do narzekań.
       Reszta wieczoru upłynęła na studiowaniu mapy samochodowej, którą zachwycony pomysłem Artur  przyniósł ze schowka swojego wysłużonego malucha. Zakreślili ołówkiem optymalny obszar wokół Trójmiasta, ale wkrótce zabawa tak ich wciągnęła, że jeździli pazurem po całych Kaszubach i Kociewiu, chichocząc przy co ciekawszych nazwach.
-   Co powiecie na Wilcze Błota albo Babi Dół?
- E tam, za elegancko. Tu patrzcie: Pomyje ewentualnie Barłożno. Wyobrażacie sobie te kartki świąteczne? Bąkowo też niezłe. Zapraszamy na grochówkę do Bąkowa. No i Rozłazino daje pole do popisu. Zgrupowanie w Rozłazinie, po obiedzie nie rozłazić się po krzakach, bo będzie prelekcja.
- Ja bym poszła w coś bardziej wytwornego. Dargoleza na przykład. Nie, odpada, trochę za daleko. Ale już taki Rożental, jakby go akcentować na pierwszą sylabę…
-  „Rożentala” to dostaniesz w spadku po swojej babci, odgrażała się kiedyś, że specjalnie dla ciebie przechowuje w komodzie jakieś cenne skorupy. Może najodpowiedniejsza miejscowość dla kobitek to po prostu Chłopy? – dwuznaczny dowcip Maćka wyraźnie był obliczony na efekt, bo autor spod oka skontrolował stan zawstydzenia słuchaczy. Arturowi nawet powieka nie drgnęła, a Martyna na szczęście w tym samym momencie odkryła na mapie niejaką Gać oraz Szopę i Kaplicę, co wywołało nową falę skojarzeń.
-  Wolicie zapraszać gości na prywatkę do Kaplicy czy do Szopy? Do Szopy hej pasterze!!! - zaintonował fałszywie. -  Pozdrowienia z Gaci przesyłają Martyna i Maciek.  Droga do Gaci prosta jak strzelił. I biedni, i bogaci, chcą się dostać do Gaci – rozkręcał się Artur.  Nic nie było w stanie go przebić. W tej sytuacji nieśmiały komentarz Maćka na temat lekceważącej wszelkie zasady gramatyczne miejscowości Mała Słońca wywołał zaledwie lekkie uśmiechy.
       Beztroską zabawę przerwał znienacka gospodarz, który objawił się w progu i zażądał ni mniej ni więcej tylko zwrotu kosztów za wybitą szybę oraz obtłuczone ucho glinianego siwaka. Patrząc znacząco na Martynę obwieścił, iż to ona jest winna tym zniszczeniom, jako że przez swoją niedbałość spowodowała przeciąg o sile huraganu. Obleśny  uśmieszek i spojrzenie przenoszone z Martyny na Artura i z powrotem, wyraźnie miały dać do zrozumienia Maćkowi, że tylko dlatego nie dostrzega on rozwiązłości swojej własnej małżonki, iż obfite poroże zasłania mu oczy. Kiedy jednak surowy wzrok pana Janka, ześlizgnąwszy się z rozpustnych kochanków, niechcący spoczął na butelce wina opróżnionej zaledwie do połowy, jego twarz przybrała nagle wyraz łagodnej zadumy. Niby od niechcenia ujął  flaszkę w lewą dłoń i przysunął szyjkę do nosa, wciągając z rozkoszą luby zapach. Ekstaza, której doznał, była tak wymowna, że Martyna bez słowa podsunęła mu czystą szklankę, wychodząc z założenia, że mizerna pojemność kieliszka mogłaby go tylko rozjuszyć. Ofiara nałogu sieknęła dwie solidne porcje rieslinga, nie bez żalu rozstając się z pustą butelką. Eliksir miał wyraźnie czarodziejską moc, bo po krótkim zastanowieniu pan Janek oznajmił, iż z przyczyn osobistych musi niestety zrezygnować z odnajmowania pokoju lokatorom, ale jest człowiekiem, więc na bruk ich nie wyrzuci, dopóki czegoś sobie nie znajdą. Za szybę, po namyśle, chce tylko połowy jej wartości, dzban zaś wspaniałomyślnie odpuści, bo ucha i tak nie widać w kącie przedpokoju.
       Praktyczny Maciek nie mógł się oprzeć myśli, że gdyby przezornie zabezpieczyli jeszcze jedno wino, gospodarz w przypływie szlachetności zapewne darowałby im część czynszu. Szkoda, że nie sposób przewidzieć wszystkich sytuacji. (c.d.n.)

WSTĘP: Urodziny


       Pięćdziesiąt lat – JASNA CHOLERA! Fakt, że przeszła już magiczne trzydziestki i czterdziestki własne oraz przyjaciół, w ogóle jej nie uodpornił. Martyna zapaliła lampkę, wzięła do ręki lustro i zaczęła bacznie przyglądać się swojej twarzy. Jasne, że są zmarszczki, ale kiedy światło pada z lewej, to jakby mniej. Warto zapamiętać to zjawisko, kiedyś jeszcze może się przydać. Krycha parę lat młodsza, a buźkę ma jak żyzne poletko po podorywkach. Z puszystymi zdecydowanie wiek obchodzi się znacznie delikatniej. No tak, ale za to Krycha lata w dżinsach córki i z gołym brzuchem, a na studniówce, gdzie zatrudniła się w charakterze rodzica-bramkarza, jeden nawalony małolat przez pomyłkę zaprosił ją do tańca i to kiedy grali „Loves divine” Seala.
       Wklepała sobie pod oczy kolejną porcję kremu i poszła do kuchni włączyć piekarnik. Za godzinę zejdą się goście. W zasadzie wszystko już gotowe, tylko podgrzać paszteciki i bigos. Witek z niezadowoloną miną prasował koszulę, wygłaszając odkrywcze stwierdzenia, że niby do czego chłopu kobieta, ale nie miała się dzisiaj ochoty z nim kłócić. Jeszcze raz zerknęła w lustro. Nie, no źle nie jest. Nawet całkiem dobrze. Jak się da profesjonalny makijaż, nie taki, żeby palec wchodził do pierwszego stawu, ale delikatny, subtelny, ze złotymi drobinkami, to będzie super.
       Kiedy pokrywała powieki lawendowym cieniem, nagle, ni stąd ni zowąd,  stanęła jej przed oczami była teściowa. W życiu Martyny zdarzyło się takie pół roku, kiedy mieszkała z nią pod jednym dachem i miała okazję obserwować codzienne zabiegi podkreślające bujną urodę świekry. Podstawowy zestaw kosmetyków upiększających stanowiły: gruby czarny ołówek do brwi, sypki puder o kolorze i konsystencji startej cegły oraz dwie szminki – pomarańczowa na co dzień i buraczkowa, używana tylko przy specjalnych okazjach. Makijaż celebrowany był każdego ranka przed wyjściem do pracy, a synowa zastanawiała się wtedy, po kiego grzyba takie stare pudło się pacykuje, czyżby jeszcze liczyła na to, że ktoś dla niej oszaleje? Zaraz, ile ona wtedy miała lat? Czterdzieści trzy!!!
      No, jak ma się dobrze bawić na własnej „siątce”, to bez falstartu się nie obejdzie! Zdesperowana jubilatka zrobiła sobie słabego drinka. Witek, wiedziony niezawodną w takich przypadkach intuicją, natychmiast pojawił się za jej plecami i zażądał udziału w konsumpcji. Wskazała ruchem głowy kanciastą flaszkę z jego ulubioną whisky i poszła do salonu rzucić ostatnie spojrzenie na imprezowy wystrój. Biały obrus, świece, kolorowe lampiony, bateria trunków, półmiski z wymiernym efektem dwudobowego pobytu w kuchni. Kącik komputerowy już  ukryty za przesuwanymi drzwiami, choć jeszcze rano go okupowała, szykując różne zabawne kawałki dla gości niezmiennie oczekujących od niej należnej im solidnej porcji rozrywki. Niegdyś, z własnej nieprzymuszonej woli objęła w tym towarzystwie funkcję kaowca, z której wywiązać się należało nawet na własnym pogrzebie. Zgodnie z powyższym drzwi balkonowe ozdobione zostały plakatami zawierającymi rozmaite błyskotliwe wskazówki dla uczestników dzisiejszej imprezy.

PRAWA UCZESTNIKA IMPREZY URODZINOWEJ
Uczestnik niniejszej imprezy urodzinowej ma prawo do:
  • miejsca siedzącego przy stole, jeżeli takowe akurat się zwolni,
  • własnego kompletu czystych  naczyń i sztućców,
  • korzystania z przewidzianego w menu poczęstunku aż do wyczerpania zapasów,
  • picia alkoholu w ilości optymalnej dla własnych możliwości oraz dobrego samopoczucia i bezpieczeństwa najbliższych biesiadników,
  • wznoszenia toastów za zdrowie jubilatki a także innych osób obecnych i nieobecnych włącznie z tymi, co na morzu,
  • tańczenia na każdej wolnej płaskiej powierzchni (z wykluczeniem stołu, parapetu i akwarium) solo, w duecie lub grupowo według dowolnej choreografii,
  • palenia tytoniu wyłącznie na balkonie, w kuchni pod włączonym okapem lub tam, gdzie się nie da złapać,
  • korzystania do woli z węzła sanitarnego, przy czym opcja grupowego prysznica nie jest przewidziana w harmonogramie rozrywek,
  • odsiedzenia odpowiedniej = przyzwoitej ilości czasu na imprezie, aby jubilatka poczuła się odpowiednio uhonorowana,
  • hucznego pożegnania jubilatki na klatce schodowej, z uwzględnieniem  dzwonienia do drzwi sąsiadów z naprzeciwka i informowania ich, że już za chwilę będą mogli podjąć skuteczną próbę zaśnięcia.
OBOWIĄZKI UCZESTNIKA IMPREZY URODZINOWEJ
Uczestnik niniejszej imprezy urodzinowej ma bezwzględny obowiązek:
  • bez przerwy dodawać otuchy jubilatce poprzez wznoszenie okrzyków typu: Nigdy bym nie przypuszczał(a)!!!, Coś kombinujesz z tym wiekiem, Chciałabym tak wyglądać, mając trzydziestkę – itp. wszelka inwencja mile widziana,
  • biesiadną pieśń „Sto lat” wzbogacać o elementy jurne, dosadne i nieprzyzwoite, podkreślające witalność i seksualną atrakcyjność jubilatki, np. „Niech jej życie zaoszczędzi każdego frasunku, niech jej partner nie odmawia rannego stosunku”,
  • przy każdej potrawie zachwycać się kulinarnym kunsztem jubilatki, jak ognia unikając sugestii, iż wynika on po prostu z wieloletniego doświadczenia,
  • inicjować dyskusje o sportach ekstremalnych, seksie, piciu, trendach w modzie młodzieżowej, wyprawach wysokogórskich, planach wakacyjnych na rok 2050, kolejnych ślubach i rozwodach znanych od wieków osób publicznych, wyższości owoców dojrzałych nad kwaśnymi, a kwiatów w pełnym rozkwicie nad mizernymi pąkami itp.,
  • natychmiast niszczyć w zarodku jakiekolwiek dyskusje o operacjach plastycznych, odchudzaniu, wnukach, chorobach wieku dojrzałego, wypadaniu macicy, najlepszych farbach pokrywających siwiznę, pończochach antyżylakowych, sztucznych szczękach, możliwości wcześniejszego przejścia na emeryturę, darmowych badaniach mammograficznych, klubach seniora itp.,
  • bawić się hucznie i radośnie, choćby nagle przyszła na myśl własna rychła pięćdziesiątka.
– Matka, wyluzuj. Czym się tak przejmujesz? Starość to nie kwestia biologii, ale wyboru – pocieszył ją Michał, który wyłonił się z czeluści swojego pokoju, trzymając w ręku nieodstępną gitarę.
– Łatwo wygłaszać takie kwestie, jak się ma 23 lata...
– To akurat nie moje, tylko Hanuszkiewicza – wymądrzyła się zarozumiale latorośl – a on jest chyba sporo starszy od ciebie. Już zapomniałaś, że to również  twoja dewiza życiowa? Jak to było:
           Licz jubilacie tylko momenty szczęśliwe,
           Mierz swój wiek nie latami, lecz życia dorobkiem.
           Młodemu sercu włosy nie zaszkodzą siwe,
           Stare serce starzeje się jeszcze przed żłobkiem.
– Nie ty przypadkiem jesteś autorką tego wierszyka?
      Fakt, kilka lat temu z okazji czterdziestych urodzin jednego z przyjaciół  napisała klasycznym trzynastozgłoskowcem hymn pochwalny na jego cześć, który kończył się właśnie zacytowaną zwrotką. Sama miała wtedy czterdzieści pięć(?) i dokładnie tak myślała. Stara nie czuła się również, kończąc trzydzieści, chociaż młodsza koleżanka z pracy, wciągając na dużej przerwie trzeci kawałek urodzinowego tortu orzechowego, wygłosiła wiekopomne stwierdzenie, że kiedy sama osiągnie tak podeszły wiek, to się po prostu zabije. Uwaga przeszła, wydawało się, bez echa, ale kilka lat później jej autorka otrzymała ciepłe życzenia urodzinowe od kilkunastu starszych koleżanek proponujących jej różne wyrafinowane formy eutanazji.
       Dyskusji nie dane było się rozwinąć, bo właśnie nadciągnęli pierwsi goście, a zaraz za nimi następni i kolejni, łącznie dwanaście osób. Imprezę można było zaliczyć do udanych, zważywszy na fakt, że uczestnicy dostosowali się jak jeden mąż do pisemnych zaleceń, prześcigając się nawzajem w rubasznych dowcipach. Nikt się nie zalał ponad przewidzianą normę, tortu i lodów nie zaatakowała salmonella, wędlina nie zzieleniała. Goście tak się przejęli swoja misją, że nawet kawę podaną o północy wypili bez żadnych protestów, choć większość zazwyczaj odmawiała, tłumacząc się, że potem nie zasną.
Kiedy o 4.00 za ostatnim biesiadnikiem zamknęły się drzwi, umyte i powycierane naczynia zniknęły w szafkach a z sypialni, jak z dobrze prosperującego tartaku, jęły dobiegać odgłosy snu utrudzonego balowaniem Witka, Martyna usiadła w kuchni. Nie chciało jej się wcale spać. Jutro niedziela, a potem dwa tygodnie ferii zimowych. Wyśpi się do udaru.
       Do kuchni znienacka zajrzał Michał, który w imprezie uczestniczył tylko dorywczo, podlatując co jakiś czas do stołu w celu pobrania kolejnej dawki ekskluzywnego jadła.
– Nie śpisz jeszcze, matka? Co robisz? Zostało może trochę tej sałatki z awokado?
–  Nie śpię, odpoczywam przed snem, sałatka jest w lodówce na dolnej półce w pojemniku z żółtą pokrywką – udzieliła wyczerpujących informacji, nie chcąc nad ranem narażać się na słuszne skądinąd oskarżenia potomka, że jak zwykle nie ma dla niego czasu. Młody zanurkował do lodówki, nałożył solidną porcję na świeżo umyty talerzyk, rozsiadł się na krześle i patrząc porozumiewawczo na matkę, stwierdził filozoficznie:
– Jak się przeżyło pół wieku, to chyba pora na jakieś podsumowania? Pamiętniki byś zaczęła pisać albo co. Chyba zdarzyło ci się coś ciekawego? A w ogóle to jesteś zadowolona?
–  Z czego niby?
–  No, z życia, pracy, osiągnięć, przyjaciół. Ogólnie.
–  Bo ja wiem? Mogło być gorzej. Ale chyba nie liczysz na obszerne zwierzenia o świcie? W tym wieku na regenerację potrzebuję około doby, więc jak mnie tu przetrzymasz, będziesz musiał sam wyprodukować niedzielny obiad.
– Nie wchodzi w grę. Jutro mam próbę zespołu i wracam dopiero o 23.00. Jak nie będzie obiadu, to kupię sobie pizzę.
      Michał, dzięki Bogu, nie był szczególnie skomplikowany w obsłudze. Raz dziennie życzył sobie niewyszukanego ciepłego posiłku oraz wolnej przez dwie godziny łazienki, dwa razy w tygodniu zbierał z podłogi swoje ciuchy i podrzucał je do prania, raz w roku żądał nowych markowych dżinsów, raz na trzy lata składał zapotrzebowanie na nowe skórzane glany. Nawet nożyków do golenia używał z umiarem, na co dzień nosząc seksowną bródkę. Pyskował wprawdzie niemiłosiernie przy byle okazji i na szacunek dla swoich siwych włosów nawet nie próbowała liczyć, ale w gruncie rzeczy jak na ofiary konfliktu pokoleń rozumieli się całkiem nieźle.
– A pamiętasz jeszcze Markowo? – zapytał nagle Michał, zlewając do szklanki resztki coli z dwu butelek. Pogłoski, jakoby jego ulubiony napój rozpuszczał nawet dwucalowe gwoździe, jakoś zupełnie go nie ruszały.
      Markowo!  Inne czasy, inny świat, inni ludzie. Z samego dna pamięci ruszyły nagle obrazy jak na cofniętym filmie. Boże, to już tyle lat, poprzedni wiek, ba – tysiąclecie. Postęp techniczny i zmiany ustrojowe kompletnie przewartościowały ludzkie życie, nadały mu inny wymiar. Markowo. Pod oknem biały sad na przemian kwitnący lub ośnieżony, na stole konfitura z poziomek, Michał najpierw  śpiący w wózeczku pod pachnącą miodem lipą, a już kilka lat później zdobywający czubki wszystkich okolicznych drzew, dom pełen zwierząt i kwiatów, 10-letnia czerwona zastava zwana familiarnie „Babcią”, długa piaszczysta droga nad leśne jeziorko. Sielanka? Z obecnej perspektywy, kiedy wszystkie tamte emocje, dobre i złe, dawno już  wygasły, niewątpliwie tak.  Każdy człowiek powinien mieć takie swoje Markowo –  jeśli nie jako punkt docelowy, to chociaż jako dłuższy przystanek w podróży życia. (c.d.n)

wtorek, 30 grudnia 2014

Dzieci XXI wieku



       Czym się zajmowaliśmy, mając po trzy, cztery, pięć lat? Tyle już na ten temat powiedziano, ze nie warto drążyć dalej. Każda epoka ma swoich przedstawicieli. Ta obecna też...

*
       Mały Walduś prowadzi babcię do lodówki, żeby pokazać, gdzie jest mleko.
- To jest mleko z Biedhonki. Mama wczohaj kupiła - informuje z czteroletnią powagą. A po chwili namysłu dodaje: 
- www. biedhonka.pl

*
   Trzyletnia Ksenia znajduje ładowarkę do tabletu, zostawioną nieopatrznie przez roztargnioną ciocię.
-  To dopiero będzie tragedia! - stwierdza z przekonaniem.

*
   Sześcioletnia Kalinka jest świadkiem przedziwnego zachowania swojej kotki, która właśnie przechodzi pierwszą cieczkę. Boi się, że zwierzątko jest poważnie chore. Żeby rozwiać jej obawy, rodzice delikatnie wyjaśniają, o co w tym wszystkim chodzi.
- Aha, to znaczy, że ona szuka partnera - podsumowuje ich wywody uspokojona pierwszoklasistka. - I nie może wychodzić z domu? - upewnia się. - No to niech poszuka partnera w Internecie.

      O tempora, o mores... :-)

sobota, 15 listopada 2014

Interstellar

No i w końcu się wybrałam, sama, bo wśród moich znajomych chętnych na filmy science fiction raczej brak. A ja uwielbiam klimaty obcych planet i ludzką myśl pokonującą czas i przestrzeń...


Zachęciło mnie przede wszystkim nazwisko reżysera - Christophera Nolana, który nakręcił m.in. "Incepcję" i "Memento". Obsada, jak dla mnie, średnia - za żadnego z aktorów nie dałabym się żywcem pokroić: "najważniejsze, że jestem przystojny" - Matthew McConaughey, krowiooka (to komplement!) Anne Hathaway, zwyczajny jak kartofel (to nie komplement) Matt Damon, łzawy Michael Caine, sataniczny Wes Bentley, zmiennowłosa (zapamiętałam ją jako ognistą brunetkę) Jessica Chastain, czarnoskóry (autentycznie) David Gyasi...  Takie mam skojarzenia, pewnie na podstawie ich wcieleń w innych filmach, bo ludzi osobiście nie znam. Co nie znaczy, że są kiepskimi odtwórcami ról w "Interstellar", przeciwnie - dali radę, w każdym razie płakali bardzo przekonująco ;-)


Do rzeczy. Przed seansem przeczytałam recenzję jednej mądralińskiej, która uznała film za niegodny jej intelektu. Fizyka na poziomie kosmicznym to nie moja półka, ponadto nie oczekuję od produkcji masowej naukowego wykładu. Zresztą wszystko wyglądało niesłychanie realistycznie. Przyczepiłabym się tylko do jednej sceny: kiedy astrofizyk tłumaczy astronaucie, na czym polega zagięcie czasoprzestrzeni: dwa punkty na dwóch brzegach kartki w linii prostej są daleko od siebie, ale jeśli kartkę złożyć wpół, to się pokryją i odległość między nimi będzie zerowa. Taka łopatologiczna definicja tunelu czasoprzestrzennego jest mi znana od czasów podstawówki, chyba publikował ją "Młody Technik". Rozumiem, że film oglądają półgłówki a nawet ćwierćmózgi, ale byłoby prawdopodobniej, gdyby tę zawiłą kwestię tłumaczył ojciec dziesięcioletniej córce, a nie fachowiec fachowcowi. Taki ZONK...  

Natomiast sporo scen autentycznie wbiło mnie w fotel. Film trwa ok. 3 godziny i o ile pierwsza z nich na tyle się ciągnęła, że zeżarłam cały popcorn, to dwie następne przeleciały jak wicher. Wizja powolnej śmierci Ziemi była niezła, aczkolwiek nieco rozwlekła, ale jak już się zaczęła kosmiczna pustka, tunel przestrzenny, obce planety, względność czasów, katastrofy, czarna dziura, horyzont zdarzeń i czwarty wymiar, to były momenty, że trzymałam się fotela. Efekty wizualne porywające, a jeśli idzie o stopniowanie napięcia - to najlepszy ze znanych mi filmów Nolana. Łaska Boska, że ten popcorn się skończył, bo mogłabym się udławić. 


W warstwie ideologicznej dużo zaskakujących zwrotów akcji niosących całkowicie sprzeczne przesłania, takie do rozważenia przez widza. Co ważniejsze: człowiek czy ludzkość, więź z bliskimi czy przetrwanie gatunku, teraźniejszość czy przyszłość?  Czy to się wyklucza, czy da się pogodzić? Jak się ma człowieczeństwo do ludzkości? Trochę truizmów o miłości, która jest silniejsza niż, no właśnie... 

Szczególne znaczenie ma wielokrotnie, może nawet za często, cytowany w filmie wiersz, który przytaczam niżej. A przytaczam, bo jest pięknym manifestem niepoddawania się upływowi czasu, starości i bezradności. Jednak nie bardzo rozumiem, po co z takim uporem jest powtarzany - przecież rola kreatora nowego świata przypadła... dziecku, genialnemu, upartemu, dociekliwemu, spostrzegawczemu, nieznającemu barier.  Ta informacja nie jest żadnym trailerem, wnioski nasuwają się już po pierwszych scenach. 

Dylan Thomas: Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy.

Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy, 
Starość u kresu dnia niech płonie, krwawi; 
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy. 

Mędrcy, choć wiedzą, że ciemność w nich wkroczy - 
Bo nie rozszczepią słowami błyskawic - 
Nie wchodzą cicho do tej dobrej nocy. 

Cnotliwi, płacząc kiedy ich otoczy 
Wspomnienie czynów w kruchym wieńcu sławy, 
Niech się buntują, gdy światło się mroczy. 

Szaleni słońce chwytający w locie, 
Wasz śpiew radosny by mu trenem łzawym; 
Nie wchodźcie cicho do tej dobrej nocy. 

Posępnym, którym śmierć oślepia oczy, 
Niech wzrok się w blasku jak meteor pławi; 
Niech się buntują, gdy światło się mroczy. 

Błogosławieństwem i klątwą niech broczy 
Łza twoja, ojcze w niebie niełaskawym. 
Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy. 
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy

Zakończenie, co tu dużo mówić - amerykańskie. Oni zdecydowanie wolą propagować optymistyczną wizję świata i Wszechświata, niż z masochistycznym zadowoleniem nurzać się we wstydliwych wspomnieniach przeszłości. Polacy w tym czasie kręcą "Miasto 44", po raz kolejny ekscytując się narodową tragedią sprzed 70 lat, tym razem ukazaną w zwolnionym tempie z użyciem efektów specjalnych...

Idźcie do kina - gwarantuję trzy godziny dobrej rozrywki tym widzom, którym nie przeszkadzają uproszczenia, patos i  proste przesłania. Proste, to przecież wcale nie znaczy - złe...  

Interstellar - zwiastun

środa, 29 października 2014

Ekstremalne grzybobranie, czyli nie tylko borowiki są jadalne

       Borowiki, podgrzybki, maślaki... ileż można? Oswojony las lubiatowski okazał się na tyle łaskawy, że nawet podczas październikowej pełni księżyca odkrył przede mną spore okazy, których nie zdążyły zaatakować robale. Tak, tak, moi mili. Bo w pełnię grzyby owszem, rosną, ale choć z wierzchu wyglądają zdrowo, w środku najczęściej przypominają sito. Z dziesięciu znalezionych egzemplarzy przynajmniej połowa nie nadaje się do użytku. Ten na zdjęciach poniżej był, o dziwo, zdrowy, choć rozmiary miał monstrualne.

          
        Na leśnej dróżce spotkałam grzybiarza, który z braku innych grzybów zapełnił swój koszyk sarniakami dachówkowatymi (popularna nazwa tego gatunku to sarna lub kolczak - ze względu na charakterystyczny "dziobaty" spód).  Grzybasy miały pecha, bo 9 października zostały wykreślone z listy grzybów objętych ścisłą ochroną, na której były przez blisko dziesięć lat. Ciekawe, komu one smakują? Przed laty próbowałam coś z nimi zrobić, ale już sam duszący miodowo-korzenny zapach skutecznie mnie do nich zniechęcił. 


           W tym roku po raz pierwszy zetknęłam się z grzybem, którego wygląd mnie zachwycił. W dodatku jest on jadalny, a na ozdobę potraw nadaje się jak mało co. Popatrzcie sami. To dzieżka pomarańczowa. Nie można jej pomylić z niczym innym. Rośnie na ubitej ziemi - ta ze zdjęcia opanowała środek i pobocza uczęszczanej leśnej drogi. Jest bardzo krucha i delikatna, więc trzeba ją zbierać ostrożnie, na szczęście słabo trzyma się podłoża. Nie ma jakiegoś specjalnego smaku, choć ususzona przypomina chipsy. Za to można ją sparzyć i przyozdobić np. sałatkę.





          Na koniec gwóźdź programu, czyli tzw. czarcie jaja. Podobno wielki przysmak Niemców i Francuzów. No to jak nie spróbować? Tym bardziej, że w nadmorskich lasach występują w wielkiej obfitości, zwłaszcza na wszelkiego rodzaju porębach. 

Czarcie jaja wyglądają jak purchawki, ale pod wierzchnią cieniutką skórką znajduje się
żółtawa, oślizgła i klejąca galareta.  Brr...
A to czarcie jaja w przekroju. Jadalny jest wyłącznie środek, czyli zarodek grzyba.
Galaretę otoczoną z obu stron jasnymi błonkami trzeba usunąć i wyrzucić.
Czarcie jaja gotowe do dalszej obróbki. Teraz wyraźnie widać, że to grzybie "płody".
Ich zaletą jest zwarty miąższ oraz piękny wygląd w przekroju. 
Prawda, że czarcie jaja pięknie się prezentują w plasterkach?
Potrawa pierwsza - czarcie jaja smażone na chrupko.
Nie trzeba żadnej panierki. Na silnie rozgrzanym tłuszczu grzyby błyskawicznie osiągają
konsystencję grubych chipsów i naprawdę pysznie smakują.
Tu podane na grubym racuchu. Jadłam osobiście i potwierdzam - pyszne!
A tu wersja na ostro, czyli czarcie jaja w marynacie.
Jeden słoik już zeżarty, reszta czeka na Wigilię.

     Sugeruję jednakowoż, aby nazwę grzyba zachować w tajemnicy do samego końca, kiedy konsumenci już przełkną ostatnie kęsy.  Bo  przecież "jajo" to tylko etap w rozwoju. A co z niego wyrasta? Otóż, moi mili, właśnie zeżarliście dziecko sromotnika bezwstydnego, nie bez powodu zwanego po łacinie phallusem. Dorosłe osobniki rosną sobie gromadnie, śmierdzą padliną na odległość i albo budzą wstręt, albo cieszą oko i wyobraźnię - zależy od nastroju, przynależności partyjnej ewentualnie stadium zdewocenia obserwatora. Zainteresowanym mogę wskazać miejsce, gdzie jest tego cała polana ;-)



      Pozostaje mi życzyć dużo pozytywnych wrażeń przy konsumpcji. Bo nie wszystko wydaje się być takim, jakim jest na pierwszy rzut oka, a dziecko może się znacznie różnić od rodziców. 

        I jeszcze jedna, bardzo ważna uwaga. Ponieważ sromotnika bezwstydnego nie da się pomylić z żadnym innym grzybem, a czarcie jaja rosną "u stóp" dorosłych osobników przytwierdzone do ziemi długimi pasmami grzybni, więc ryzyko zebrania czegoś innego jest praktycznie zerowe.  W razie czego ostatecznym kryterium jest przekrój "jaja". Poza tym sromotnik nie ma nic wspólnego ze śmiertelnie trującym muchomorem zielonawym, niegdyś zwanym muchomorem sromotnikowym.


niedziela, 7 września 2014

Emocje jak na grzybach...

    "Ale emocje - jak na grzybach" - ironizuje przy rozmaitych okazjach Robert Górski z Kabaretu Moralnego Niepokoju. Widać, że nie złapał nigdy grzybowego bakcyla. Wie to każdy, kto choć raz w życiu wypatrzył pośród gęstej ściółki brunatny kapelusz dorodnego prawdziwka albo natknął się na stado grubiutkich okrągłych podgrzybków.  

      Z początkiem września kończy się sezon ogórkowy, a zaczyna sezon grzybowy, czyli raj dla emerytów :-) oraz tych nielicznych urlopowiczów, którzy przedkładają leśne ścieżki nad zatłoczone kurortowe promenady. W tym roku wszystko jest wcześniej, to i borowiki wyskoczyły jak diabeł z pudełka zaraz po corocznych obchodach bohaterskiej klęski na Westerplatte. W środku tygodnia las jest prawie pusty, nie trzeba lecieć na złamanie karku, żeby dopaść grzyba przed konkurencją. Nie trzeba zbierać wszystkiego, co popadnie, żeby tylko nie wracać z pustym koszykiem. Można spokojnie chłonąć piękno przyrody i od niechcenia nachylać się nad co piękniejszymi okazami.

Leśny staw zarośnięty rzęsą - krajobraz jak z "Hobbita"
     Jestem grzybiarką rowerową. Wolę ciągnąć rower przez chaszcze i wykroty, niż pokonywać per pedes hektary bezgrzybia, zanim trafię na odpowiednie miejsce. Lasy lubiatowskie są obszerne i zróżnicowane. Jeden typ borowika rośnie na wydmach, inny we wrzosach, jeszcze inny w trawach. W tej kotlince podgrzybki, w tamtym rowie rydze, na piaszczystych stokach tony miodówek, a na polankach i pagórkach - żółciutkie kurki. Jeśli chce się zajrzeć wszędzie jednego dnia - rower jest po prostu niezbędny, bo trzeba przemierzyć całe kilometry leśnych ścieżynek. Moja stara działkowa damka od lat daje radę, choć z roku na rok coraz bardziej zgrzyta :-)
      

     Dzień pierwszy (środa): Godzina 15.00-17.00. Rowerowy zwiad po okolicy zakończony niespodziewanym sukcesem. Same borowiki! Osiemnaście zdrowiutkich sztuk znalezionych mimochodem przy drodze. To znaczy były i inne gatunki, ale kto by je zbierał w takich okolicznościach. Emocje towarzyszące znalezieniu grzybowej rodzinki - bezcenne, panie Robercie. Gdzie bym nie zaparkowała roweru, tam uśmiechał się do mnie jakiś okaz.  A potem wieczorny rytuał obierania, suszenia, gotowania. Zapach, który można wręcz pokroić...


    Dzień drugi (czwartek): borowikowo-podgrzybkowy. Dwa rowerowe wypady w leśne ostępy i kolejne kosze pełne  grzybów. Pogoda plażowa, a tu znowu czyszczenie, krojenie itp. Dwie spore suszarki nie wyrabiają, trzeba dosuszać na słońcu. 


   Dzień trzeci (piątek): przykra niespodzianka. Nieliczni jeszcze grzybiarze wracają z lasu z pustymi koszykami. Czyżbym wyzbierała wszystko? Wprawdzie pierwszy apetyt zaspokojony, ale jutro przyjeżdża na grzyby synowa - czym ją uraczę? Na szczęście popołudniowy spacer w stronę morza odkrywa całe polany obrośnięte młodziutkimi miodówkami i płachetkami kołpakowatymi. Lepszy rydz niż nic. Lecę wzdłuż wydmy, ciągnąc wypchaną ciężką torbę. Najmniejsze okazy zostawiam na jutro - dla synowej. We wrzosach znajduję osiem grzybów, których dotąd nie znałam. Podobne do prawdziwka, ale znacznie jaskrawsze i trzon dziwnie pożłobiony. To borowik żeberkowany, który ostatnio awansował na to stanowisko, bo dotąd był znany jako podgrzybek żeberkowany. Ususzony jest żółciutki, a nie kremowy jak inne borowiki. 

Borowik żeberkowany - jak najbardziej jadalny.  
      Wieczorem obrabiam i gotuję dwa gary miodówek na sos - łącznie prawie trzy litry grzybów. Suszę też znalezione borowiki.

Miodówki i borowiki żeberkowane
     Dzień czwarty (sobota): wysyp weekendowych grzybiarzy, ale i grzyby się pojawiły. Synowa przyjeżdża dopiero po południu. Natychmiast dosiadamy rowerów i w chaszcze. Mamy mało czasu, więc z taką pewną nieśmiałością prowadzę ją nie na miodówki, ale w swoje prawdziwkowe miejsca. Może coś wyrosło i nie zostało odkryte przez innych? Są! Piękne młode okazy, jak z obrazka. Wprawdzie nie w ilościach hurtowych, ale wystarczająco dla osiągnięcia grzybowej satysfakcji. Warto było przedzierać się przez młodniki i ciągnąć rowery po skarpach :-)

Zdobycz wypatrzona na stoku przez synową
      Zapasy na zimę wystarczające, ale to może nie koniec grzybowej epopei. Wrzesień zapowiada się piękny i choć kleszcze atakują ze zdwojoną siłą, nadmorski las kusi mnie nieodmiennie...