Szukaj na tym blogu

niedziela, 14 kwietnia 2013

Osiemnaste urodziny Kai



Czas jest nieubłagany, mknie jak wiatr po polach,
jakby ktoś go poganiał ostrogą i batem:
jeszcze wczoraj Martynie śpiewaliśmy sto lat,
dziś w dorosłość wkroczyła druga z nastolatek.

Wprawdzie już wyleciała spod skrzydeł rodziny,
bo Trójmieście nie było odpowiedniej szkoły,
ale że dziś obchodzi własne urodziny,
aż z Poznania przybyła, uczcić dzień wesoły.

Wydawać by się mogło, że całkiem niedawno
kropelka na rajstopkach w rozpacz ją wprawiała...
Wkrótce pewnie zostanie lutniczką przesławną
(jeśli na desce rąk już nie będzie łamała).

Szanowna Jubilatko, Kaju nasza miła,
Przyjmij szczere życzenia od Twych wszystkich gości
oby Ci każdą chwilę radość wypełniła,
a każdy dzień był pełen słońca i miłości.

I pamiętaj, gdziekolwiek  ślepy los Cię rzuci,
czy napotkasz po drodze sukcesy, czy klęski,
w B............ jest to miejsce,  dokąd możesz wrócić,
tu cała Twa rodzina wciąż „stara się tęsknić”.

sobota, 13 kwietnia 2013

Tłusty czwartek




       Zainspirowana smakowitym blogiem Dany: Leśny zakątek, zamieszczam wspomnienie ze swoich zmagań kulinarnych. Takim kompletnym kuchennym przygłupem nie jestem, ale czasem miewam problemy...

10.00 No tak. Kiedy mnie ogarnęła przemożna chęć wykonania domowych pączków, powinnam była natychmiast usiąść i poczekać, aż mi przejdzie. Ale ja nie, w żadnym wypadku! Z ogniem w oku poleciałam do sklepu, gdzie za ok. 60 PLN nabyłam wszystkie niezbędne produkty z marmoladą różaną i drożdżami na czele,  nie zapominając oczywiście o tonie smalcu, oleju i innych tłustości składających się na tzw. fryturę.
        Pączki zawsze będą mi się kojarzyć z dzieciństwem i jeśli dziś za nimi nie przepadam, to tylko dlatego, że w żadnej, nawet najbardziej renomowanej cukierni nie wyprodukowano jeszcze takich, jakie robiła moja Babunia. Niewielkie, idealnie okrągłe, z twardą, prawie czarną skórką, a w środku puszyste i żółciutkie, pachnące różą i wiśniami. To właśnie skórka sprawiała, że mogły leżeć tygodniami i nie czerstwiały, a smażono ich średnio 200-300, ponieważ Babunia nie była detalistką. Po nocy spędzonej w kuchni ukazywała naszym zachwyconym oczom dorodny owoc swoich zmagań: piętrzące się na wielkich półmiskach piramidy brunatnych kul, posypanych cukrem pudrem lub oblanych lśniącym lukrem.

11.30 Zarobienie ciasta dzisiaj to betka, od czego są miksery czy malaksery. Ale już z tzw. rozmachem znacznie gorzej. Jak się ma kuchnię 6m kwadratowych, to wykonanie czegoś więcej niż zupa pomidorowa z torebki wymaga niezłej ekwilibrystyki. No dobra, działamy. Tu rośnie zaczyn, tu ucieram żółtka z cukrem, tu cukier z masłem (bo ambitnie robię dwa rodzaje pączków). Syf przeogromny się zrobił nie wiadomo kiedy. Tu zmywam, tu brudzę. Łapy oblepione ciastem po same łokcie. Mam stolnicę, ale gdzie ją wepchnąć, skoro wszędzie coś stoi. Frytura się grzeje, o! właśnie zaczyna śmierdzieć.

13.30 Pierwsze pączki się smażą. Już czarne, a jeszcze surowe w środku. Cholera, przecież nie rozkroję, żeby dosmażyć. Stawiam duży talerz na kuchenkę, wykładam go serwetkami, żeby pączki obciekły. Będę miała bliżej gara i nie zachlapię podłogi.   W ferworze walki nie zauważam, że nie wyłączyłam gazu pod palnikiem. ŁOMOT!!!! Talerz rozpadł się na milion drobnych kawałeczków, a serwetki zajęły żywym ogniem. Wrzucam je do zlewu przy pomocy łyżki z melaminy. Nie jest niepalna. Dobrze, że mam wodę bieżącą. Gaszę jak leci, nie patrząc na skutki.

14.30 Sprzątanie z grubsza zajmuje mi zaledwie 30 minut. Pierwsze pączki lądują na półmisku. Dziwne jakieś. Posypuję je obficie cukrem pudrem, żeby nie było widać spalenizny. Coś mnie drapie w gardle i szczypie w oczy. Aha, przecież jest tak szaro, że górnych szafek nie widzę. Jak Babcia mogła usmażyć 200 pączków, skoro ja przy dziesiątym już się duszę? Otwieram okno na oścież. Na dworze śnieżyca. Może to już ostatnia? Warto pójść na spacer...

16.30 Próbuję doskrobać blaty oklejone betonem zaschniętego ciasta. Idzie opornie, dopiero pod druciakiem puszcza. Jęzor wisi mi do kolan, oczy wyłażą z orbit. Jeszcze odtłuścić kuchenkę ociekającą fryturą i zmyć stertę misek, garów, tacek itp.

17.00
Na stole stoją trzy talerze z pączkami w ilości: 21 serowych z dżemem pomarańczowym i 16 zwykłych z marmoladą różaną. Wygłodzona rodzina rzuca się na nie zachłannie, choć mam nieprzepartą ochotę bronić przed unicestwieniem owoców swojej harówy. Niech jeszcze trochę nacieszę oczy! Niestety, nic innego nie ma do jedzenia, bo niby kiedy miałam zrobić? Wszyscy przeżyli konsumpcję, więc moje dzieło okazało się jadalne. Wyszło mi, podliczając straty, energię i robociznę, że jeden pączek kosztuje ok. 5zł.                      

       Tak, domowe wypieki są zdecydowanie najlepsze!!!

 PS. Przepis na dobre domowe pączki można znaleźć wszędzie, więc oszczędzę wam mojego...

Sylwester pewnej damy



       W swoim, pożal się Boże, małżeństwie, sylwestra spędzałam przeważnie naprzeciw ekranu telewizora (czarno-biały, 14 cali), z zazdrością nasłuchując odgłosów hucznych zabaw dochodzących dosłownie zewsząd. Jednakowoż mój partner uważał, że takie hulanki to strata czasu i pieniędzy, a ja – w myśl zasady: Gdzie ty Kajus, tam ja Kaja, wiernie dotrzymywałam mu towarzystwa. Szykowałam uroczystą kolację, robiłam staranny makijaż i ... do północy przyglądałam się, jak małżonek czyta gazetę, a krótko po północy chrapie leciutko znieczulony szampanem. 

       Na pierwszy prawdziwy bal sylwestrowy zabrał mnie wiele lat później mężczyzna, w którym przez czas jakiś widziałam ósmy cud świata.  Mało nie oszalałam z radości i podniecenia. Wszystkie posiadane oszczędności przeznaczyłam na włoską jedwabną suknię, szpilki i fryzjera. Maseczki, liftingi, pazury, balsamy, depilacje i inne czarodziejskie sztuczki zajęły mi kilka dni, jakby bal miał się odbyć w Wiedniu, a nie w skromnym ośrodku wczasowym dorabiającym po sezonie. Cudna jak bóstwo jakie, wachlując półmetrowymi rzęsami, iskrząc się brokatem i rozsiewając zapach najmodniejszych perfum, czekałam tylko na karetę.
       Niestety, w godzinie W okazało się, że taksówkę należało zamówić dwa dni wcześniej. Żadna firma przewozowa nie reagowała na telefony, a w najbliższym towarzystwie nie było ani jednego abstynenta. Wobec tego zapadła kolektywna decyzja wyjścia per pedes i łapania okazji po drodze. Pośpiech, zbytnia skromność i brak asertywności to nie najlepsi doradcy.  Pomknęłam bez protestu za innymi. Była zima stulecia, w Gdańsku temperatura –26 stopni. Drobiłam po ubitym, śliskim śniegu w 15-centymetrowych szpilkach i czułam, jak mi się rajstopy kurczą z zimna. Wychowana przez babcię, która często opowiadała mi o galanterii przedwojennych inteligentów, zastanawiałam się wprawdzie, czemu ja - dama w końcu, nieprawdaż - nie czekam w ciepłym mieszkaniu, aż mój szarmancki rycerz doprowadzi karetę pod drzwi, ale człowiek zakochany jest ślepy jak kret! Taksówkę złapaliśmy po jakichś dwudziestu minutach, więc póki co nie zamarzłam.
       Ośrodek przygotował się na przyjęcie gości bardzo starannie, aczkolwiek gospodarze nie przywiązali większej wagi do sprawy ogrzewania, wychodząc ze słusznego zapewne założenia, że to atmosfera ma być gorąca. Przy wejściu stały dwa w miarę ciepłe piece akumulacyjne, ale w sali konsumpcyjnej i na parkiecie było nie więcej niż +4 stopnie. Mój ukochany, światowiec – a co! - na wypadek gdyby ktoś z towarzystwa zasłabł znienacka wskutek nadużycia, zamówił pokój, z którego nikt nie miał okazji skorzystać, bo nie sposób się zalać, dzwoniąc zębami z zimna. Nota bene ogromnym plusem zabawy był całkowity brak nietrzeźwych, rozchełstanych, spoconych, dryfujących od ściany do ściany balowiczów.
Surowy klimat  wpłynął bardzo pozytywnie na wizerunek zewnętrzny mężczyzn, którzy do rana zachowali marynarki na korpusach a krawaty ciasno zawiązane pod szyją. Natomiast kobiety zaaklimatyzowały się błyskawicznie, bo tylko przez pierwszą godzinę przykrywały dekolty paltami i swetrami, by już wkrótce z dumą prezentować skąpe wieczorowe kreacje. Wykosztowały się, to nie będą przecież ich chować!
        Dzięki sprawnej organizacji i godnej szacunku punktualności posiłki gorące w pełni zasługiwały na swoją nazwę. Roznoszono je, zgodnie z załączonym grafikiem, punktualnie co do minuty. W tych właśnie terminach balowicze gromadnie, rzekłabym nawet - w pośpiechu, opuszczali parkiet, rwąc jeden przez drugiego do stolików, bo kilka minut opóźnienia i barszczyk zamieniał się w chłodnik. Jedynie wódka była w sam raz!.
       Około trzeciej nad ranem mój towarzysz cichcem znikł z horyzontu. Kierowana instynktem udałam się do wynajętego pokoiku na górze, gdzie po długich poszukiwaniach odnalazłam go pod stosem kołder, śpiącego smacznie w pełnym opakowaniu: kurtce, czapce, rękawiczkach i butach. Tylko gogli i nart brakowało. Na oknach od wewnątrz szkliła się gruba warstwa lodu.  Na pytanie, dlaczego wypoczywa w takich spartańskich warunkach, odrzekł z mocą: - Przecież zapłaciłem, to muszę wykorzystać!
       Pozostała tylko droga powrotna, oczywiście piechotą. Żaden z towarzyszących mi „rycerzy” nie stanął na wysokości zadania. Tym razem brnęłam po kopnym śniegu, bo w międzyczasie dopadało. Taksówkę złapaliśmy dopiero w centrum. Moja współtowarzyszka stolikowa okazała się balową i życiową wyjadaczką – miała ze sobą spodnie i buty narciarskie, puchową kurtkę oraz wełnianą grubą czapę, bo „zna chłopów nie od dziś”. A ja, niezmiennie i naiwnie wierząca w męską zaradność i galanterię – znowu szeleściłam jedwabiem, iskrzyłam brokatem, co chwila gubiłam szpilki w zaspach i ... klęłam jak szewc w poniedziałek, bo właśnie przestałam być damą. Skórę miałam czerwoną jak rak, cud Boski, że nic sobie nie odmroziłam.
       Dobrze, że moja babcia tego nie dożyła... Ale zabawa była przednia!

piątek, 12 kwietnia 2013

Osiemnaste urodziny Martyny



Zacznijmy od początku, dojdźmy, gdzie przyczyna
fety, która nas dzisiaj przy stole skupiła:
osiemnasty rok życia skończyła Martyna,
choć przecież tak niedawno nam się urodziła.

Jeszcze wczoraj dziewczynka z tornistrem na plecach,
co marzyła o piesku na dziesięciolecie;
nagle strzeliła w górę, wyrosła jak  świeca,
dziś życzenia składamy dorosłej kobiecie.

Na końskim grzbiecie czuje się jak woltyżerka,
wkrótce też  konkurencją będzie dla Kubicy,
odrazą ją napawa szczotka oraz ścierka,
miast tego woli drewno nosić do piwnicy.

Na kajaku zdobywa nieprzetarte szlaki
i choć często odgrywa dzielną podróżniczkę,
kiedy w życiu natrafia na cierniste krzaki,
lubi zasypiać z ręką mamy pod policzkiem.

Jej powołaniem w życiu muzyka się stała.
Ani się obejrzymy, jak przyjdzie czas, kiedy
w Konkursie Wieniawskiego będzie koncert grała,
przed stojącym w zachwycie Nigelem Kennedym.

Niech marzenia wszelakie w tym dniu Ci się spełnią,
te najskrytsze i takie, które wszyscy znamy:
czy w Polsce, czy w Brazylii,  masz żyć życia pełnią
- to najszczersze życzenia od taty i mamy.

Jestem z lasu...



            Kim ja, do cholery, byłam w moim poprzednim wcieleniu? Wilkiem, borsukiem, dzikiem, wiewiórką, może jeżem? A może dosięgła mnie klątwa druidów?
          Naprawdę szczęśliwa i spełniona czuję się dopiero po wejściu do lasu. Nie o każdej porze roku, uściślijmy. Późnolistopadowy las w kolorze, zapachu i  dotyku przypominający starą zużytą szmatę nie stanowi obiektu pożądania żadnego normalnego człowieka, a ja wydaję się być z grubsza normalna. Obsypane śniegiem świerki porażają mnie wprawdzie swoim surowym majestatem, ale wolę je oglądać z okien pociągu lub wygodnego siedzenia sań ciągnących kulig.  Wiosenna szatka lasu w swojej mizernej krasie też mnie szczególnie nie pociąga, co najwyżej budzi nadzieję na rychłe nadejście lata.  I wtedy właśnie czuję ten zew. 
Las w okolicach Lubiatowa
Letnio-jesienny las, tak mniej więcej od połowy czerwca do połowy października, ma dla mnie nieprzeparty urok, któremu nie jestem w stanie się oprzeć. Kiedy z jakiejś przyczyny jest dla mnie nieosiągalny, śni mi się po nocach. Rozmyślam o nim bezustannie, jak o kochanku, który musiał wyjechać gdzieś daleko. Tęsknię, przywołuję w pamięci znane miejsca, oglądam zdjęcia, przypominam zapachy. Gdy tylko znajduję  się w jego zasięgu, wszystko inne przestaje się liczyć. Odpływają w dal problemy dnia codziennego, jakieś niezałatwione sprawy, jakieś dręczące obsesje. Czas przestaje płynąć. Niespiesznie przemierzam dziesiątki kilometrów, nie czując zmęczenia, głodu ani pragnienia. Zbaczam z twardej udeptanej drogi   i zapadam się po kostki w miękki zielony mech,  zanurzam w wysokie do szyi paprocie. Kleszcze? Po każdej takiej wędrówce wyciągam ich co najmniej pięć i jak dotąd żaden nie zrobił mi krzywdy. Może czują swojaka? Suche gałązki trzeszczą pod stopami i drapią moje łydki, czasem nawet do krwi. Będzie wyraźna szrama widoczna pod pończochą, ale to teraz nieważne. Wspinam się na zbocza, pokonuję głębokie wąwozy, przeskakuję strumienie. Powoli robi się szaro, nadciąga letni zmierzch, ale jeszcze koniecznie muszę zobaczyć, co jest za tą górką, więc idę tam wbrew wszelkiemu rozsądkowi. Budzi się we mnie jakiś zwierzęcy instynkt, który daje mi świadomość kierunku, w jakim się poruszam. Nie zabłądzę, mój wewnętrzny kompas bezbłędnie wskazuje miejsce, od którego zaczęłam swoja wędrówkę. Nie muszę szukać drogi. Idę na przełaj, kierując się wzmocnionymi nagle zmysłami wzroku, słuchu i węchu. Wychodzę na szosę.  Słońce właśnie zapada za horyzont. Wlokę się do miejsca noclegu, dopiero teraz czując w nogach przemierzone kilometry. Czasem niosę jakieś grzyby, częściej spokój, ukojenie i kilogramy endorfin neutralizujących zmęczenie i wzmagających poczucie szczęścia.

Borowik-bliźniak z lasu w okolicach Lubiatowa
 Większość ludzi chodzi do lasu „po grzyby”. Wpadają tam jak po ogień: „Eee, tu nic nie ma, idziemy dalej!”. Muszą zebrać szybko i dużo. Jak przy promocji w hipermarkecie. Mnie najbardziej cieszą niespodziewane prezenty otrzymane od natury. Kompletne bezgrzybie, a tu nagle pojawia się stok rozjarzony pomarańczowymi miseczkami dorodnych kurek!  Długa wędrówka bez celu uwieńczona znalezieniem rodzinki wonnych, twardych, grubaśnych podgrzybków. Intuicyjnie wybrany skrót przez polankę i w połowie drogi piękny jak malowanie borowik z brunatnym zamszowym łebkiem. To radość nieporównywalna z żadną inną, pozbawiona elementu rywalizacji i zazdrości tak charakterystycznego dla zdeklarowanych grzybiarzy. 

Lubiatowski strumień
W zasadzie kocham każdy las, ale szczególnym uczuciem darzę tych kilka bardzo dobrze znanych, zaprzyjaźnionych, rzec by można – oswojonych.  Moja największa miłość to piękny urozmaicony las porastający nadmorskie wydmy w okolicach Lubiatowa. Każdy jego zakątek ma swoją nazwę: Warszawskie Górki, Podgrzybkowa Dolinka, Po Obozie, Mroczna Puszcza, Kurkowa Wysepka, Poryte, Dzikowe Pole, Polana Dębowa, Szkółka. Przyjeżdżam tu regularnie co roku przynajmniej na tydzień, a bywa, że na kilka tygodni. Chodzę po wiadomych trasach, rozszerzając zasięg wędrówek po kres swoich sił. Czasem taszczę rower, który w samym gąszczu jest sporym balastem, ale za to pozwala mi szybciej pokonywać przestrzenie „międzylesia”, a przez to odwiedzić więcej miejsc naraz. A jest co odwiedzać! Rozmaitość krajobrazu zadziwia mnie niezmiennie i nie potrafię odpowiedzieć, który zakątek wydaje mi się najbardziej urokliwy: czy oślepiająco białe wydmy, czy leśne kotliny z wysoką do kolan trawą, czy twarde, pachnące igliwiem pagórki, czy może płaskie rozległe połacie jagodowych krzewinek, a może brzozowe zagajniki,  drewniany mostek nad strumieniem albo kwitnące wrzosowiska przybrane czerwonymi koralami borówek... A jeszcze dochodzi brzeg morza ubity w drobne faliste prążki  i czysty ciepły piasek na plaży. I zarośnięte pachnącym zielem rowy, gdzie chowają się dorodne, różowe rydze.  Osiołkowi w żłoby dano!
   
E.T./Matka Boska w okolicach Przebrna
Drugi oswojony las jest na Mierzei w okolicach Krynicy Morskiej. Stoi w nim mały domek, który kilka razy w roku zamienia się w bazę dla biesiadnych spotykań w gronie przyjaciół. Żelaznym punktem każdej takiej imprezy jest spacer przez las nad morze, odbywany dwa razy dziennie: rano i wieczorem, bez względu na porę roku i pogodę. Jeśli akurat jest jesień, oczywiście gromadnie chodzimy na grzyby. Ja „gubię się” po pierwszych stu metrach, bo na ogół nie potrafię i nie chcę dotrzymać tempa pozostałym. Lubię być w lesie sama, bo tylko wtedy właściwie odbieram niepowtarzalną atmosferę tego miejsca.  Niesamowite głębokie jary wyścielone słodko pachnącymi liśćmi dębu, gdzie szczęściarz może znaleźć całe kolonie prawdziwków. Albo wiatrołomy z ogromnymi rosochatymi korzeniami sterczącymi na wszystkie strony, przypominające jakieś przedpotopowe stwory.  Strome urwiste zbocza, po których bez wysiłku wspinają się sarny, czmychając w popłochu przy najlżejszym szmerze. Drzewo, którego pień z wypukłymi naroślami na korze przypomina do złudzenia  twarz filmowego kosmity E.T., choć jeden z przyjaciół nazwał go żartobliwie Matką Boską, bo to Polska właśnie...  Stok przy uczęszczanej drodze gruntowej, gdzie po raz pierwszy i jak dotąd jedyny doznałam uczucia żądzy i chciwości na widok kolonii młodziutkich miodówek rozsypanych blisko siebie na przestrzeni kilku metrów. Zebrałam ich wtedy we własną chustkę dokładnie  sto dwadzieścia siedem, wszystkie wielkości kasztana, zdrowe, twarde, piękne.

Bartoszylas - widok ze skarpy na jezioro
Trzeci oswojony las znajduje się na Kaszubach, niedaleko Starej Kiszewy. Wpadam tam raz, dwa razy w roku, przeważnie jesienią, zaproszona przez przyjaciół na grzyby. W okolicy znajdują się trzy malownicze jeziorka, które stanowią znakomite punkty orientacyjne dla zabłąkanych turystów. Wyznaczają one trasy: „wokół jeziora”, „wzdłuż jeziora” i „między jeziorami”. Moja ulubiona trasa wiedzie brzegiem największego z jezior  z wypadami w bok do znajomych zagajników, na grzybne polanki, stoki i górki.  Uwielbiam stanąć na wysokiej skarpie i zapatrzyć się w przeciwny brzeg, gdzie jaśnieją płomienne korony październikowych brzóz podwojone odbiciem w ciemnej, gładkiej wodzie. Barwy tego widoku są tak nasycone, ostre, kontrastowe, nieprawdopodobne, że przeniesione na płótno stworzyłyby kicz. Ale natura rządzi się innymi prawami niż sztuka.  Skarpa jest siedliskiem kozaków czerwonych, które zrywam zawsze z wielką rozterką, bo najładniej wyglądają w naturze, gorzej w koszyku a przerobione na pokarm całkowicie tracą swoją urodę.

Wysyp podgrzybków (Autor: Teresa167)
Czwarty to fragment Borów Tucholskich między Wdą a rozwidleniem dróg prowadzących  do jedynej w okolicy osady. Cudowne miejsce dla grzybiarzy-wyczynowców,  w okresie wysypu wystarczy iść przed siebie brzegiem drogi, najlepiej nie prostując grzbietu. I trzeba mieć ze sobą przynajmniej dwa wiadra oraz zapasową reklamówkę w kieszeni. To las, w którym dwukrotnie się zgubiłam, gdyż moja niezawodna intuicja umilkła, zagłuszona przez niezłomną postawę towarzyszącego mi przewodnika. Nie widziałam skąd idziemy, dokąd zmierzamy, co mijamy, tylko rwałam do przodu, żeby nie stracić go z oczu w obcym terenie. Tylko raz zwolniłam tempo... i tyle go widziałam. Dobrze, że wymyślono komórki. Ten las oswoiłam, dopiero kiedy wymogłam na moim partnerze samotną wyprawę na grzyby. Szłam wolno, rejestrując wszystkimi zmysłami przebytą trasę i czując w sobie znowu kompas, który wyraźnie wskazywał rzekę, drogę do wsi, przesiekę i kotlinkę  wypełnioną po brzegi  brunatnymi kulkami podgrzybków.  Mżył deszczyk - ciepły, miękki, przyjazny – i świeciło słońce.  Wszystko lśniło w jego promieniach... I nawet pełne wiadro nie było za ciężkie.
           Zapachy lasu. Dlaczego jeszcze nie zamknięto ich w butelki, jak zapachy kwiatów i traw?   Gdyby odebrano mi pozostałe zmysły, potrafiłabym jedynie węchem określić porę roku i dnia w lesie. Tam, gdzie rosną grzyby, wszystko jest zdominowane ich charakterystycznym fetorkiem, ale przy odrobinie wysiłku można wyczuć i inne. Eteryczny aromat rozgrzanej żywicy, kurzu i mchu wskazuje na upalny sierpniowy dzień. Wyczuwana węchem miodna słodycz wydobywa się ze zwiędłych jesiennych liści, nasila się w południe, rano jest ostrzejsza, ale mniej słodka – bardziej błotna.  Ale najpiękniej pachnie las po gwałtownej letniej burzy. To cała gama wyraźnych woni połączonych w jeden cudowny bukiet, który chciałoby się wciągnąć aż do dna płuc.  Jest tam wrzos, borówka, koniczyna, igliwie, ziemia, wszystko wymieszane z ozonem i deszczówką. Zamknąć to wszystko szczelnym korkiem i otworzyć w któryś z tych paskudnych listopadowych dni...

Od żony w dwudziestą rocznicę ślubu

Dwadzieścia lat minęło, miły,
(ten czas cholernie szybko gna)
gdy nasze drogi się złączyły
i odtąd razem ty i ja.

Dwadzieścia lat to czasu kawał
dla więźniów w celi metr na dwa,
lecz ty masz zawsze pracy nawał,
a w domu sama siedzę ja.

Ja wiem, ze męska rzecz daleko
być, a kobieca wiernie trwać,
stąd często łza pod mą powieką,
a w myślach ciche "k* mać!"

By zliczyć wspólne chwile szczęścia,
gdy jesteś ze mną, nie gnasz w świat,
ja od dwudziestu lat małżeństwa
muszę dziś odjąć z dziesięć lat.

Pół czasu ze mną, pół beze mnie
("k* mać!" wciąż w mych myślach tkwi),
a jednak kocham cię niezmiennie,
niech dalej razem - ja i ty.

Historia jednej znajomości, czyli wierszowana młocka z takim jednym z Kłodzka

Rzecz dotyczy dialogu, do którego dałam się sprowokować  na jednym z portali randkowych. Zachowałam pisownię oryginalną.

ON: 
W goracym dowodzie się odmlodzimy 
Gdy jakies stare zdjecie tam umiescimy...
JA:
Rzuca oszczerstwa jeden "przy kości", 
że zamieściłam zdjęcie z młodości.
I tu się facet wcale nie myli, 
czuję się młoda o każdej chwili.
Bo wiek to tylko kwestia wyboru, 
a dobrych kremów jest do oporu. 
ON:
Osiągnięcia przemysłu kosmetycznego   
Nie nadrobią wigoru utraconego...  
JA:
Martw się o siebie, drogi kolego – 
kobieta może do upadłego...
ON:
Nie wiem co taka umazana kremem może...  
Mam też wątpliwości czy o każdej porze... 
JA:
Krem jest jeszcze całkiem, całkiem, 
pomyśl, co by było z talkiem...
ON:
W tym względzie między nami jest zgoda, 
Że najlepsza jest sama przyroda...
Czy kremu, czy talku stosowanie 
Utrudnia tylko sprawne kochanie
Środki takie dobre do brzydoty maskowania, 
Przecież nie są przydatne do sprawnego kochania... 
JA:
----------------------------------- 
ON:
Noce takie są gorące a słowiki tak śpiewają, 
A do łóżek pań pyskatych tylko strachy zaglądają!
A gdy nocą stosunkowo spokojną jest ukarana, 
To już taka nie zmruży oka aż do bialego rana... 
JA:
Coś Ci powiem - znawco kobiet, choć pewnie nagrabię sobie.
Jeśli wolisz babę - mruka, to sobie takiej poszukaj.
Od poganiania nahajem bardziej wolę dobry bajer.
A co do upalnej nocki - w Gdańsku lało! A jak w Kłodzku?
ON:
Czasem mam wrażenie że Kazimiera Szczuka 
Nie tylko chłopa ale i rymu tu szuka....
Każdy widzi że nieudolne rymowanie 
Pociąga za sobą uparte pyskowanie
A lokalne komunikaty pogodowe 
Nie są ani ciekawe, ani ugodowe...   

I tu mnie chłop zajeżył!!! A mój mózg tylko czekał na odpowiednią dawkę adrenaliny...
 
JA: 
Nie oceniajmy innych, zwłaszcza rozwścieczeni, 
byśmy sami nie byli przez nich ocenieni.
Wolę ośmiozgłoskowiec, miej to na uwadze, 
lecz z trzynastozgłoskowcem także sobie radzę.
I chętnie Ci objaśnię (pewnie jako pierwsza), 
że niezbędna średniówka w tego typu wierszach.
To po siódmej sylabie taka przerwa mała, 
żeby w uszach odbiorców całość lepiej brzmiała.
Bowiem wiersz regularny nie polega na tym,
aby się rymowały „sraty” i „pierdaty”.
Czasem trzeba do formy dopasować treści, 
zaplanować zestroje, akcenty rozmieścić.
Jeśliś sylabotonizm olał w wieku szkolnym, 
dziś powinieneś pisać raczej wierszem wolnym.
Gdy ten problem zawiły kiedyś opanujesz, 
możesz oceniać innych – na razie dziękuję.  
ON:
Przyznaję że mnie Tina zawstydziła
Gdy mi moje błędy uzmysłowiła
Moje poetyckie przygotowanie 
To tylko sylab sprawne rachowanie...
Na znak pokory publicznie ogłaszam 
Że Cię Tino do mej księgi zapraszam
Proszę Cię o twych uwag powielenie  
I w mej Księdze Gości umieszczenie. 
JA: 
Zaskoczyłeś mnie mile, zatem stwierdzić muszę, 
że Mike, ogromny facet, ma też wielką duszę.
Nie poznałam dotychczas nadmiernej ilości  
mężczyzn pełnych szacunku dla babskich zdolności.
Jeszcze rzadszy, co najmniej jak gad z trzeciorzędu, 
jest taki, co potrafi przyznać się do błędu.
A takiemu, co umie publicznie przeprosić, 
panie winny wiadrami zimne piwo nosić.
W uznaniu dla Twych nagle odkrytych walorów 
wnoszę o zakopanie wojennych toporów. 
A na znak zgody - niech się każdy o tym dowie -
wznoszę toast szampanem - Majkel - Twoje zdrowie!
ON:
Zazwyczaj inne męskie ukryte walory / Powodują namiętne ze strony pań amory...
Co do natury owych ukrytych walorów, / Ujawnię że nie znoszą wszelakich toporów...

Tu następuje krótka korespondencja prywatna, która utwierdza mnie w przekonaniu, że ta znajomość nie rokuje za dobrze i trzeba się wycofać możliwie jak najszybciej.

JA:
Żegnaj, Mike-warszawski!, martwi mnie to srodze, 
ale stwierdzam, niestety, że nam nie po drodze.
Choć z uporem naprawdę godnym lepszej sprawy 
ciągle tkwisz na mej stronie, Majkelu z Warszawy,
Choć na liście odwiedzin – sama nie wiem po co – 
ciągle Cię widzę: świtem oraz późną nocą.
Czas zakończyć ten dziwny i nierówny układ: 
kobieta to też człowiek, a nie jakaś kukła.
I gdybyś na Harvardzie studia miał skończone, 
to nigdy nie zostaniesz moim Pigmalionem.
Ponieważ poświęciłeś mi czasu tak wiele, 
niech choć na koniec porad kilku Ci udzielę: 
1) Dyplomy, fakultety i inne frykasy  
nie zastąpią kultury, ogłady i klasy.
2) Nie zdobywa się kobiet starych ani młodych,  
wytykając im braki zdrowia i urody.
3) Nie żąda się od kobiet płacenia za miłość, 
gdy nieznaczna nadwaga zmienia się w otyłość.
4) Gdy oponentkę czasem na swej drodze spotkasz, 
pamiętaj, że nie każda baba to idiotka.
5) Może warto poskromić swoje bujne ego?  
W końcu męski intelekt - nic nadzwyczajnego.
6) Sposób, w jaki traktować pragniesz wszystkie panie, 
nazywa się wahabizm - modny jest w Iranie.