Szukaj na tym blogu

wtorek, 14 maja 2013

Bal karnawałowy od kuchni




Na balu w Filharmonii Bałtyckiej nie byłam już cztery lata, choć w międzyczasie kilka koncertów zaliczyłam. Mam nadzieję, że wiele się tam zmieniło w dziedzinie cateringu, bo do dziś pamiętam wstrząsające doznania z 2009 r.  

Żeby mieć zagwarantowane miejsce siedzące przy stole, wykupiliśmy konsumpcję. Cena tej usługi była porażająca, bo znacznie przekraczała wartość biletu za koncert i bal, więc spodziewaliśmy się co najmniej homara i kawioru. Nazwy potraw brzmiały nawet zachęcająco. Prędko jednak okazało się,  jak niewiele mają wspólnego z rzeczywistością.

Danie główne podano o 20.45. Z karty wynikało, że w jego skład wejdą:

zupa z soczewicy z oliwą bazyliową
żeberka  barbeque z pieczonymi ziemniakami w mundurkach z bukietem warzyw
tarta jabłkowa z bitą śmietaną, cynamonem i sosem waniliowym

W istocie, takie potrawy otrzymaliśmy. Tylko że w karcie nie podano gramatury i w tym tkwił szkopuł. Zupy było dokładnie cztery łyżki stołowe, chyba że ktoś wylizał bulionówkę, to skonsumował trochę więcej. Nie potrafię określić, czy była smaczna, prawdopodobnie dlatego, że moje kubki smakowe nie zdążyły zarejestrować samego faktu konsumpcji. Wzmiankowane żeberka nie miały liczby mnogiej a wyłącznie pojedynczą i to bardzo zdrobniałą. Jedna malutka mocno przypalona kosteczka z kilkoma włókienkami mięsa. Do tego pół niewielkiego ziemniaczka, różyczka gotowanego brokułu oraz trzy plasterki marchwi. Ktoś przez niedopatrzenie dostał aż cztery plasterki jarzyny i poczuł się nieswojo. Bukiet! Po takiej porcji kalorii roczne dziecko zeżarłoby własną grzechotkę. Deser był najlepszy w tym zestawie, bo choć tarta okazała się cienkim, słodkim i dość twardym plackiem przypominającym w konsystencji pizzę z północy Włoch, to przynajmniej poczuliśmy ją w żołądku. Ów specjał polano łyżeczką pysznego sosiku waniliowego i udekorowano kleksem bitej smietany. Duży plus! Magda Gessler byłaby wniebowzięta.

Nafutrowani jak bąki przystąpiliśmy do hucznej zabawy, z niecierpliwością oczekując kolejnych kulinarnych niespodzianek.  Nadeszły już o godzinie 23.00, kiedy to na stoły wjechał tzw. zimny bufet. Składał się z czterech dań, które karta zapowiadała niesłychanie obrazowo:

pasztet staropolski pod żurawiną
panga z musem cytrynowym
delikatny różowy schab z ćwikłą
penne z salami i kurczakiem z vinegret słodko-chilli (pisownia oryginalna)

Ku naszemu zdumieniu przed każdym konsumentem wylądował deserowy talerzyk. Jego środek zajmowała miseczka wypełniona zimnym rozgotowanym makaronem. Niektórzy znaleźli w swojej porcji kilka miniaturowych skwarek, inni wyschnięte resztki pieczonego kurczaka. Może i był tam jakiś sos, ale nikt nie ośmielił się spróbować, w końcu cholera wie, kto tego nie dojadł. Dookoła miseczki artystycznie poukładano pozostałe dania. Pasztet staropolski. Boże, wybacz! Najtańszy gatunek pasztetu z kropelką konfitury żurawinowej. Jednym słoiczkiem za 5 zł obskoczyli ponad trzysta osób. Geniusze!  Schab był rzeczywiście delikatny, do tego stopnia, że zdążył wyschnąć na wiór, zanim dotarł na stoły.  Nawet ćwikła mu nie pomogła. No i panga – hit wieczoru – kawałek surowej ryby wielkości dwóch złożonych kostek cukru. Pokropiony cytryną. A co!

Trzeba przyznać, że różnorodność potraw przyprawiała o zawrót głowy, w końcu mieliśmy do czynienia z daniami kuchni (staro)polskiej, włoskiej oraz (chyba) japońskiej. I to wszystko na jednym talerzyku! Jak widać, miniaturyzacja dotyczy nie tylko elektroniki.  

Nie można zapomnieć o napojach. Tu kuchnia wykazała się grzeszną wręcz rozrzutnością. Na twarz przypadało całe 200 ml napojów zimnych oraz kawa lub herbata. Jak ktoś się za bardzo rozhulał i jęzor mu zwisł do kolan, mógł sobie nabyć drogą kupna litr napoju owocowego za, bagatela, 20 zł. Niektórzy dokupili. W końcu za taką kwotę nie warto umrzeć z pragnienia. Butelka wina z drugiej od dołu sklepowej półki kosztowała zaś 50 zł. Pięciokrotna przebitka, respect!

Nie wiem, jaka firma zajmowała się cateringiem. Niewykluczone, że organizatorzy w ostatnim momencie potroili liczbę gości i trzeba było na gwałt dzielić porcje, a w pośpiechu zapomniano obniżyć ich cenę. Zawsze staram się znaleźć proste i uczciwe wytłumaczenie. Jednak nie opuszcza mnie przeczucie, że ktoś zrobił nas w trąbę, a sam, za czysty zysk z tego wieczoru, nabył sobie niezłej klasy samochód...

poniedziałek, 13 maja 2013

Instrukcja





Jakże często zdarza nam się wręczać mężczyznom tego typu prezenty. Może warto dołączyć do nich pisemną instrukcję użycia?


INSTRUKCJA OBSŁUGI PREZENTU
„NIEZBĘDNIK MĘSKI OKAZJONALNY”

UWAGA! PRZECZYTAĆ PRZED UŻYCIEM!!!

To nie jest prezent dla małolata,
anioła może zmienić w pirata,
co pożegluje przez oceany
krokiem niepewnie rozkołysanym.

Daje on czasem uczucie złudne,
że nie ma zadań, co są zbyt trudne,
bo przecież kiedy grzywą zarzucisz,
to Angelina Brada porzuci.    

Jednak gdy zbytnio zaufasz sobie,
rano się zbudzisz na Srebrnym Globie,
a wtedy poznasz czarną godzinę,
kiedy Twardowski przybędzie z klinem.   

Zatem używaj z umiarem, rzadko,
najlepiej z jakąś dobrą sąsiadką
albo z przyjaciół liczną gromadą,
co zawsze służą ci dobrą radą.  




niedziela, 12 maja 2013

Orchidee z Łańcuta

       Niedawno odwiedziłam Łańcut. Ech, szkoda, ze nie jestem z domu Lubomirska albo chociaż Potocka... Mam wprawdzie w rodzie Płońskich i Krzyżanowskich, ale oni pewnie wyżej wymienionym podłogi myli :-)   
       Jednak ten wpis nie będzie dotyczył genealogii, tylko przepięknych kwiatów, w większości orchidei,  osobiście przeze mnie sfotografowanych w łańcuckiej szklarni. Niektóre można tam kupić, inne tylko podziwiać.  Mam znajomych, którzy hodują podobne cuda. Respect! 
         Zapraszam do oglądania, szczególnie Krysię :-)























Balkonowe poletko





        Każdego roku obiecuję sobie, że nie, koniec, nie będę tego więcej robić! Nie i jeszcze raz nie!!! Te wory ziemi, hektolitry wody, jesienna harówa przy zabezpieczaniu na zimę. Ale kiedy tylko pierwsze promienie wiosennego słońca rozpuszczą przybrudzoną pierzynkę zleżałego śniegu, silna wola oraz zdrowy rozsądek opuszczają mnie w pośpiechu, zastępowane przez bezrozumny szał kupowania wszystkiego, co ma liście albo kwiaty.   
      Jestem balkonową ogrodniczką. Nic na to nie poradzę, takie zboczenie i już. Do tego, na swoje nieszczęście, bardzo niedaleko mam świetnie zaopatrzony rynek kwiatowy. Nawet idąc na spacer, można tam wpaść przy okazji i przywlec do domu jakiegoś nowego chabazia. Co oczywiście czynię z zatrważającą konsekwencją i bez żadnego konkretnego planu. Potem kombinuję, co z czym i gdzie, a ponieważ balkon ma dość ograniczona powierzchnię, w efekcie połowę roślin oddaję znajomym na działki. Tym sposobem obsadziłam już pół województwa. Pewnie praktyczniej byłoby wysłać przekazem pieniądze...
         Czego ja nie hodowałam na tym nieszczęsnym balkonie.


Zaczęłam nieśmiało od bratków i petunii. Tym ostatnim jestem zresztą wierna do dziś, zwłaszcza różowym i ciemnofioletowym, które przepięknie pachną. Uwielbiają silne słońce a nawet chwilowy brak wody, więc nie łączcie ich z roślinami cieniolubnymi. Gdzieś w połowie sezonu trzeba bezlitośnie podgolić nadmiernie wybujałe krzaczki. Wprawdzie serce boli, bo wycinamy mnóstwo okazałych kwiatów, ale jeśli tego nie zrobimy, wkrótce doczekamy się smętnych badyli. Krzaczki tylko przez kilka dni będą zielone, a potem znowu zaczną kwitnąc jak wściekłe. To wspaniała ozdoba balkonu przez całe lato. Jeśli jesteście amatorami, nie bawcie się w żadne surfinie czy inne wiszące wynalazki, na które trzeba chuchać i dmuchać.Tu wystarczą pałeczki nawozowe lub nawóz w płynie do kwiatów kwitnących, dawkowany raz w tygodniu.



Z kolei jeśli chodzi o bratki, to najbardziej udają się one sadystycznym dłubkom, którzy pasjami uwielbiają codziennie przeczesywać zarośla i skrupulatnie usuwać kuleczki nasion tworzące się po przekwitnięciu kwiatów. Dzięki takim działaniom bratki w niezłym stanie potrafią dotrwać nawet do końca września. Ich kwiaty nie są tak duże i obfite jak w czerwcu, ale jednak są, bo do samego końca próbują biedaki wydać nasiona, żeby ochronić gatunek przed wyginięciem. A człowiek korzysta...


Oczywiście, były i pelargonie. To cudo w uroczym kolorze majtkowego różu nabyłam w Lidlu, jako roślinę przecenioną z powodu marnego wyglądu i wątpliwej jakości. Kiedy swoje odchorowała, odwdzięczyła się wyjątkowo bujnym kwieciem. Teraz w zwielokrotnionej ilości zdobi balkon sąsiada, który ją przechował i rozmnożył. Niestety, ta umiejętność jest mi zupełnie obca. W zeszłym roku ambitnie zabezpieczyłam skrzynki z pelargoniami w piwnicy według instrukcji znalezionych w Internecie, ale właśnie ich zawartość wyniosłam na śmietnik, może tam, jakimś cudem, ożyje. 


Te żółte kwiatki obok bratków to tunbergia, jedna z moich ulubionych roślin. Występuje także w wersji pomarańczowej. Najpiękniej rosła na parapecie, patrząc na słońce. Jako zwis z balkonu nie była już taka atrakcyjna, bo wszystkie kwiaty skierowała na zewnątrz. Rośnie szybko, wypuszcza długie pędy, kwitnie obficie, pogubione kwiatki trzeba wprawdzie zamiatać, ale to drobiazg,



Kolejna żółć - uczep. Roślina wyjątkowo atrakcyjna, jeśli się jej nie przesuszy, co ja, niestety, uczyniłam. Mimo reanimacji marniała w oczach. Takie wielkie okazy nadają się do wiszących donic, ale można kupić mniejsze i zasadzić w skrzynkach, gdzie utworzą piękny dywanik.


Moje zeszłoroczne odkrycie - komarnica. Jej zapachu nie znoszą komary, ja zresztą też. Na szczęście capi tylko przy samym nosie. Z małych sadzonek po 5,00 zł błyskawicznie wyrastają długie dekoracyjne pędy o ciekawie wybarwionych liściach. Warto kierunkować pędy w okresie wzrostu, bo potem nad nimi nie zapanujemy. Ja dłuższe skierowałam na zewnątrz balkonu, krótsze do środka, a i tak musiałam je przyciąć. Na półmetrową skrzynkę wystarczy jedna komarnica - jest bardzo ekspansywna, a warto dosadzić do niej jakiś kolorowy kwiatek. Aha, podobno można ją przezimować. No przecież!



Przez jakiś czas miałam fazę na róże. Hodowałam kilka odmian: od tzw. kolejowych, obrastających niegdyś ściany małych stacyjek, po gatunki szlachetne, wielkokwiatowe, purpurowe, białe i żółte. Roboty miałam z nimi co niemiara, bo trzeba było walczyć z robactwem wszelakim i innymi Bożymi dopustami. Mnożyły się ciągle mszyce i przędziorki, atakowała szara pleśń, liście z niewiadomych przyczyn żółkły i spadały. Latałam na konsultacje do specjalistów, kupowałam jakieś wymyślne trucizny i wykonywałam opryski, ryzykując wytrucie rodziny i sąsiadów. Więc kiedy pewnej zimy róże wymarzły, odczułam dziwną ulgę... 

Ostatnią roślinę polecam każdemu, kto nie ma czasu, ochoty i wolnych środków, a jednocześnie nie lubi gołych balkonów. To wilec, jednoroczne pnącze, które można samodzielnie wyhodować z nasion. Garść nasion wilca da ścianę zieleni zwisającej lub pnącej się po podpórkach. Roślina wypuszcza dwumetrowe pędy o sercowatych liściach i dużych fioletowych dzwonkach, które rozwijają się tylko rano i po południu albo w pochmurne dni, bo za słońcem jakoś nie przepadają.  Trzeba uważać, żeby nie pomylić kwiatów nierozwiniętych z przekwitniętymi, no i czasem podkarmić jakimś nawozem. A jesienią wystarczy zerwać suche kuleczki z nasionami, obumarłe pędy wyrzucić na śmietnik i gotowe. To mi wychodzi znakomicie, więc w wilca już nie inwestuję, ciesząc się nim co roku za darmo. Można powiedzieć, że osiągnęłam w tym zakresie wysoki stopień wąskiej specjalizacji.

Opisałam tu kilka roślin, które najczęściej pojawiały się na moim balkonie. Było ich, naturalnie, o wiele więcej. Stokrotki, niezapominajki, nasturcje, floksy, clematisy, lilie, kiwi, winobluszcz, wiciokrzew, budleja, cis, wrzośce i wrzosy, truskawki pnące itp. Aha, zawsze też w każdą nieobsadzoną dziurkę wtykam nasiona maciejki, żeby w czerwcu cieszyła mnie swoim boskim zapachem. Niedawno musiałam się pozbyć kilkuletniego rdestu, bo nie tylko zarósł cały balkon, to jeszcze strasznie śmiecił.  

Ten botaniczny misz-masz wynika z różnych przyczyn. Najważniejszą z nich jest niewątpliwie moja zachłanność. Mnie po prostu podobają się wszystkie rośliny, łącznie z mleczem i łopianem, więc każdą chcę mieć na własność.Sąsiad sugeruje, mam nadzieję, że żartem, abym zaczęła uprawiać ziemniaki, bo najpierw ładnie kwitną, a potem jest z nich pożytek.  Sam dorobił się na własnym balkonie sporej dyni i kilku pomidorów.


Na koniec przedstawiam mój zeszłoroczny ziołowy bukiet. Składa się nań przede wszystkim dorodna bazylia oraz pietrucha naciowa, ale spod spodu wyziera nieśmiało cząber, tymianek, majeranek i rozmaryn. To moje ulubione przyprawy letnie, oprócz szczypiorku, który też można zawsze znaleźć na balkonie, jak się człowiek dobrze rozejrzy.

W tym roku już wszystko posadzone. Tym razem poszłam w spożywkę, jednak ziemniaków się nie spodziewajcie.  Sama jestem ciekawa, co z tego wyjdzie. Ale to temat na następne opowiadanie.

piątek, 10 maja 2013

Opowieść o dziewczynie w niebieskich okularach



       Znałam kiedyś pewną dziewczynę. Była piękna, mądra i dobra.  Miała kręcone kasztanowe włosy i niebieskie okulary. Od świtu do zmierzchu uśmiechała się do całego świata, gotowa zrobić wszystko, aby inni też się uśmiechali. Zawsze pełna twórczych pomysłów, a do tego mobilna jak Internet i wypchana wiedzą wszelaką jak Wikipedia. Przy czym te dwa ostatnie porównania nie są bezpodstawne, bo dodatkowo posługiwała się komputerem w stopniu przekraczającym umiejętności wszystkich pracowników razem wziętych. Jej energia i aktywność mogłyby góry przenosić.  Wykonać jakieś mordercze zadanie w nocy? Nie ma sprawy!  Pojechać w teren  własnym samochodem prywatnie zatankowanym,  wykonać  setki służbowych połączeń z własnej komórki? Nie bądźmy drobiazgowi – cel uświęca środki.  Zostać w pracy po godzinach? Trudno, jeśli to konieczne.  Sympatyczna i życzliwa, daleka od wszelkich intryg i manipulacji, w każdej chwili można było liczyć na jej bezinteresowną pomoc.
       Taki podwładny to skarb dla mądrego pracodawcy. Za te same pieniądze wykonuje o wiele więcej, niż zawiera jego zakres obowiązków, niejednokrotnie dokładając do interesu z własnej kieszeni. Jedyny koszt dodatkowy, jakiego wymaga, to docenienie jego wysiłków, wyrażone choćby gestem, aprobującym spojrzeniem albo znaczącym „no, no!”.   I premia uznaniowa od czasu do czasu, wcale nie za wysoka, ot, żeby odczuł chociaż cień satysfakcji.
       Ale taki pracownik, niestety, bywa też solą w oku, bo jego kompetencje zawodowe, ambicja, kreatywność, pracowitość i miłe usposobienie są dla szefa wyzwaniem, a bywa, że i niebezpieczną konkurencją. Może jest bardziej lubiany? Może lepiej go postrzegają? Może jego wygląd, fryzura, odzież wskazują na wyższą półkę? Może czyha na dyrektorskie stanowisko? W takim razie trzeba mu pokazać jego miejsce w szeregu, zrównać z poziomem, a nawet wbić nieco głębiej, żeby nie przyszło mu do głowy za szybko się podnieść. Tak stało się i w tym przypadku. 
      Od razu na początku pracy dziewczyna, wykorzystując swoje liczne atuty, załatwiła niezgorszą fuchę: program opiekuńczy przynoszący placówce konkretne pieniądze i dobrą renomę. Chodzenie koło tego kosztowało ją mnóstwo czasu i nerwów, ale właśnie w oświacie wdrożono tzw. awans zawodowy, więc postanowiła wpisać to sobie jako przedsięwzięcie i wystąpić o skrócony staż, do czego zresztą miała absolutne prawo jako człowiek z tytułem naukowym. I tu się bardzo zdziwiła. Absolutne prawo do autorstwa przedsięwzięcia przywłaszczył sobie szef, bo to on przecież powiedział któregoś dnia:
- Jedź na to zebranie o 17.30 i zorientuj się, o co chodzi.  
     W zebraniu uczestniczyli dyrektorzy innych placówek, ponieważ należało niezwłocznie zadecydować o przystąpieniu do programu, ale to nieistotny szczegół.  Pojechała, zorientowała się, nieomylnie  zwęszyła dobry interes i załatwiła wszystko od ręki, bo jeszcze wtedy nie wiedziała, jak bardzo szkodzi sama sobie.  Szef, nie w ciemię bity, póki co przyjął informację spokojnie i powierzył jej kierowanie całym przedsięwzięciem. Tylko kiedy wszystko było gotowe,  postąpił według odwiecznej zasady „Murzyn zrobił swoje…”. Dziewczynę odsunięto od wszelkich profitów związanych z realizacją zadania. 
     Wkrótce potem zabrano się za jej umiejętności zawodowe. Ponieważ nasza bohaterka miała tytuł doktorski z historii, trzeba było znaleźć  niedociągnięcia w tych dziedzinach, gdzie jej wykształcenie było równe magisterskiemu szefa. Każde potknięcie, wynikające ze zwykłego braku wiedzy o zwyczajach panujących w nowej placówce, rozdmuchiwano do rozmiarów kardynalnych  błędów zawodowych grożących dyscyplinarką.  Wszelkie przejawy twórczej  samodzielności tępiono w zarodku, wymagając zdawania szczegółowych relacji z każdego realizowanego czy planowanego przedsięwzięcia, choćby było najprostsze. Podczas (nierzadkiej) nieobecności szefa, kobieta była zmuszona zostawiać rozgrzebane sprawy i odsyłać petentów do domu, by nie narażać się na zarzuty wchodzenia w uprawnienia dyrektora, ale za to próby omówienia problemów z tymże  kwitowano zgryźliwym:
 - Z każdą pierdołą będziesz przychodzić? No przecież jeśli nawet tego nie umiesz załatwić, to wybacz!  
         Błędne koło toczyło się coraz szybciej i szybciej…
        W pewnym momencie dziewczyna stanęła wobec konieczności złamania własnej etyki zawodowej. Do dziś pamiętam niemy wyraz protestu w szeroko otwartych oczach, kiedy zażądano od niej szczegółowych sprawozdań na piśmie  z rozmów przeprowadzonych z uczniami i rodzicami. Rozmów odbywających się przecież pod hasłem „Tylko ty i ja, i nikt więcej.” 
        Kropla drąży skałę. Powoli dziewczyna zaczęła szarzeć i gasnąć.  Straciła apetyt i wyraźnie schudła. Do pracy przychodziła jak po nieprzespanej nocy, blada, z czarnymi sińcami pod oczyma.  Zgarbiona, z pochyloną głową, przemykała korytarzami, nie odzywając się do nikogo. Już nie było słychać jej wesołego śmiechu. Zaczęła się uskarżać na silne bóle brzucha i mdłości. Wkrótce okazało się, że to wrzody żołądka.   
        Nie zrobiła awansu zawodowego. Nie tutaj. Na to trzeba było sterty zaświadczeń podpisanych przez szefa, a on odsyłał nieszczęsną od Annasza do Kajfasza.  Zabrakło jej sił na walkę. Za to szef awansował  w pierwszej kolejności. Jako dyrektor miał przecież największy udział we wszystkich zadaniach realizowanych przez placówkę, a było się czym pochwalić.
        Odeszła w milczeniu, nie żegnając się z nikim, rozgoryczona, że nawet pies z kulawą nogą  się za nią nie ujął.  Cytując klasyka: „Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły.” W nowej pracy nikt nie chciał uwierzyć w to, co ją spotkało. Wtedy jeszcze nie było modne pojęcie mobbingu i nikt tak naprawdę nie znał mechanizmów jego oddziaływania na ofiarę i jej otoczenie. Dziś wiemy. I co, zachowujemy się przez to inaczej? Kto zaryzykował własny święty spokój, żeby pomóc  krzywdzonemu? A przecież na wszystkich kursach uczą, że wystarczy JEDEN głos sprzeciwu, aby pokonać przemoc…
  

środa, 8 maja 2013

To był dzień...


        
          A taki się piękny dzień zapowiadał...      

       Najpierw, jak diabeł z pudełka, wyskoczył niespodziewany wydatek za pokrętło do programatora pralki. Wzięło i piardło.  Miało prawo, po tylu latach… Fachowcy nawet szybko przyjechali, ale policzyli jak za zboże – 150 zł za trzy minuty pracy i plastikowe kółko. Po cholerę mi była matura, studia magisterskie i podyplomowe, setki kursów, szkoleń i warsztatów? Czy zawodówka nie daje lepszych perspektyw?
     Telefon od Przyjaciółki.  Nie będzie na weselu mojego syna, a swego chrześniaka, chociaż dostała zaproszenie ponad miesiąc temu i ochoczo potwierdziła obecność. Wobec wątpliwości co do udziału chrzestnego powiedziała nawet: - Nie martw się, my cię na pewno nie zawiedziemy. - Teraz, trzy miesiące przed uroczystością, nagle zmieniła zdanie pod wpływem gwałtownie obudzonych uczuć rodzinnych. Postanowiła bowiem uczestniczyć w samochodowej wyprawie do Niemiec w celu gromadnej wizyty u jakiejś tajemniczej ciotki stojącej nad grobem. Wymówka zaiste godna Machiavellego, tym bardziej, że przez trzydzieści lat naszej znajomości ani razu nie padło imię ukochanej krewnej. Za to bolesną decyzję poprzedziło kilka wesołych imprez z kuzynostwem, więc nie mam wątpliwości, że wybrała o wiele ciekawszą opcję spędzenia wolnego czasu niż jakieś tam wesele chrześniaka. Oczywiście, jako chrzestna pamięta o swoim OBOWIĄZKU, przybędzie rano na ślub i dostarczy prezent... Dostaliście kiedyś w twarz? Boli mniej więcej tak samo, tylko znacznie krócej. Ja trzeciego policzka już nie mam. Pozostaje mi życzyć ciotce "Przyjaciółki" dotrwania w dobrej kondycji do familijnego zjazdu. A niech sobie staruszka użyje!
     Krótka jazda na masaż rolletic – w końcu muszę jakoś odreagować. Silnik mojego zabytkowego punciaka warczy jak motor wyścigowy, aż ucho drętwieje. Tłumik, na pewno. Z trudem docieram do celu, zgrzytając rurą o każdą nierówność drogi.  Jutro kolejny wydatek…
        Na drzwiach bloku nekrolog informujący o nagłej śmierci męża jednej z klientek studia rolletic. Facet pięćdziesięcioparoletni. Zmarł trzy dni temu we własnym domu, podczas nieobecności żony. Kojarzę ją, to piękna zadbana kobieta, nieraz beztrosko paplałyśmy podczas masażu. Co ona teraz czuje? Boże, jaka tragedia… Czym są  przykrości czy straty materialne wobec spraw ostatecznych? Rozmowa z właścicielką studia się nie klei. Pyta o zdrowie Przyjaciółki. Nie mam ochoty odpowiadać.
       Bardzo chcę z kimś pogadać, choćby o d… Maryni, żeby sobie ulżyć. Najbliższa koleżanka zbywa mnie jakąś wymówką, nie ma czasu się ze mną spotkać, właśnie wkłada zakupy do lodówki. Zmęczona, rozumiem, nie mam żalu. Parzę sobie kawę i zabieram się do lektury poradnika „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy?”. W gruncie rzeczy guzik mnie to obchodzi, jak głupi, to niech kochają, ale muszę jakoś wyprzeć czarne myśli no i porozcierać te policzki...
       Dzwoni organizatorka szkolnej wycieczki. Upewnia się, że znam jej cenę i zapłacę. Obiecuje przysłać e-mailem program. Rozmawiamy przez chwilę. Cieszę się, że spotkam ulubione koleżanki, poplotkujemy, pośmiejemy się, zobaczę piękny kawałek Polski, przypomnę niezwykłe krajobrazy Skalnego Miasta. No, wreszcie jakiś pozytyw.
       Idę zdjąć pranie z balkonu. Odkładam na bok dwie bluzki i dżinsy, wyjmuję z szafki sznurowane buty na grubej podeszwie. Wezmę je ze sobą w góry. To dopiero za tydzień, ale już od grudnia wiadomo, że mam jechać. Zgodziłam się niechętnie, przecież 600 złotych piechotą nie chodzi; poza tym pora niezbyt dla mnie dogodna. Ale co tam, będą uczniowie mojej byłej klasy, pogadamy o planach na przyszłość. Nie miałam z nimi kontaktu od września, żeby nie wchodzić w paradę nowej wychowawczyni. Teraz się pożegnam na dobre, bez celebry i przemówień. Bo przecież nie przyjdę na zakończenie roku. Nie mam najmniejszej ochoty fundować sobie spotkania z dobroczyńcami, którym podobno „tyle zawdzięczam, gdyż przez ostatnie lata zatrudniali mnie z łaski”. Takie właśnie „życzenia” dostałam na zakończenie pracy. Plus kolczyki wrzucone luzem w torebkę z czekoladkami. Pewnie mam wredną naturę, ale jakoś nie czuję wdzięczności. Solidnie zapracowałam na każdą zarobioną złotówkę.
    Ponownie dzwoni organizatorka wycieczki. Jest bardzo zażenowana i z trudem wydusza z siebie informację, że pozostali opiekunowie nie życzą sobie mojej obecności, z przyczyn, których z litości tutaj nie wymienię. No cóż, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - kasa zostaje w kieszeni, mogę też zweryfikować swoje plany towarzyskie i zawodowe. Szkoda tylko, że ludzie, których dotąd darzyłam zaufaniem, wcześniej nie przedyskutowali ze mną problemu. Ba, rok temu w Kazimierzu umawialiśmy się na taką właśnie wycieczkę. Wydawało mi się, że wszystko jest jasne, ale widać punkt widzenia zmienił się wraz z punktem siedzenia. Teraz to jakoś głupio wyszło. Poczułam się jak łowca nienależnych nagród i zaszczytów... Przykro odkryć, że jest się aż tak niezrozumianym...
     Jak dobrze, że mogę sobie pozwolić na luksus odreagowania na piśmie i do tego bez cenzury. A tyle mam do opowiedzenia... Rzeczy ciekawych, zabawnych, kontrowersyjnych, bulwersujących. I opowiem, choćby po to, żeby uniknąć zawału czy wylewu z powodu wiecznego ukrywania własnych negatywnych emocji i urażonych uczuć.
     Do końca dnia jeszcze półtorej godziny. Niech się wreszcie skończy. Jutro może być tylko lepiej Cholera, usiadłam na okularach!  

PS  Dzień następny. Jestem po wymianie tłumika - "tylko" 200 zł, za to bez kolejki, czyli szczęście znowu się do mnie uśmiecha :-) Idę uprawiać swoje balkonowe poletko. Tylko ten cholerny telefon ciągle dzwoni i dzwoni... 

środa, 1 maja 2013

Mój pierwszy chleb





       Sama, "tymi ręcami" zrobiłam zakwas. Traktowałam jak żywą istotę: rano dopieszczałam, wieczorem dokarmiałam, trzymałam w cieple, a wszystko pod czujnym okiem danci. Trwało to ponad tydzień. Dziś upiekłam swój pierwszy chleb, oczywiście wg przepisu wyżej wymienionej. Pachnie w całym domu...

Przepis był prosty jak drut:
500 g zakwasu
400 g mąki żytniej typ 720
100 g maki pszennej
ok 350 g wody
15 g soli
1 łyżka octu balsamicznego
1 łyżeczka cukru lub miodu

        Ale zanim przystąpiłam do działań piekarniczych, co chwila wpadałam do Leśnego Zakątka na konsultacje, dopytując się o wszelkie szczegóły, bo to właśnie one tak naprawdę decydują o całokształcie.
       Zakwas, mąki, wodę (letnią) i pozostałe składniki dodałam w wymienionej kolejności i wymieszałam w misce drewnianą łyżką. Masa osiągnęła konsystencję nieco rzadszą od wyrobionej plasteliny. Przełożyłam łyżką do blaszanej formy posmarowanej oliwą i posypanej mąką. Wyrównałam powierzchnię i odstawiłam do wyrośnięcia zawinięte w torbę foliową. Po dwóch godzinach nie drgnęło, więc wyjęłam z torby i włożyłam do piekarnika nagrzanego tylko żarówką, przykryłam ściereczką.  Trochę obeschło z wierzchu, więc lekko spanikowalam, ale dancia kazała skropić wodą. Podwoiło objętość dopiero po pięciu godzinach. Wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 220 stopni, po 15 minutach zmniejszyłam do 200 i piekłam jeszcze 45 minut, a potem, na "wsiakij pożarnyj" jeszcze 10 minut  w temperaturze 190 stopni. Efekt zewnętrzny widać na zdjęciach, do środka zajrzę jutro.


No i przyszło jutro - zajrzałam. W środku chleb jest lekko wilgotny, miękki, pachnący, nie kruszy się podczas krojenia. Wszyscy się na niego rzucili, nawet pieczona karkówka nie miała szans wobec takiego rarytasu. Oj, będziemy piec, będziemy :-)